Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Głupota. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Głupota. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 czerwca 2025

Powyborczy rant

Gdy wybuchła wojna w Ukrainie, pojawiło się wiele dyskusji na temat tego, czy ktoś by został i walczył za Polskę, czy by jednak uciekał za granicę. Jedni mówili, że nie zamierzają walczyć za polityków, deweloperów, bankierów itp. I ja ich całkowicie rozumiałem. Drudzy z kolei argumentowali, że jest za co walczyć: tu żyją nasze rodziny, przyjaciele, tu dorastaliśmy i pokochaliśmy tą ziemię. I ich również całkowicie rozumiałem.

Ja sam nie wiedziałem, co bym zrobił - z tej prostej przyczyny, że ciężko wyobrazić sobie, jak się zachowa człowiek w jakiejś trudnej sytuacji. Skłaniałem się raczej do zostania, aczkolwiek moja obecna sytuacja życiowa sprawiłaby, że w tym momencie i tak bym nie poszedł walczyć (opiekuję się schorowanym ojcem).

Teraz to się zmieniło. Już wiem na pewno, że jeśli będę miał taką możliwość, to nie będę walczył za ten kraj. Dlaczego?

Połowa moich rodaków wybrała na prezydenta człowieka, o którym wiemy lub którego podejrzewa się o następujące rzeczy:

  • Sutenerstwo. Istnieją świadkowie, którzy twierdzą, że Nawrocki w przeszłości pracując jako ochroniarz w Grand Hotelu załatwiał gościom prostytutki i czerpał z tego korzyści majątkowe.
  • Związki ze światem przestępczym i środowiskami neonazistowskimi. I nie chodzi tu o znajomości w stylu: chodziłem z nimi do podstawówki czy byłem na wiecu i podszedł do mnie. Sam Nawrocki usprawiedliwia się z tych związków, mówiąc że ograniczają się one tylko do sportu lub miały związek z jego pracą - ale im nie zaprzecza.
  • Odnośnie poprzedniego punktu: podpiera się pozytywną opinią wydaną przez ABW. problem w tym, że ta opinia została wydana przez szefa ABW związanego z PiSem po tym, gdy w trakcie procedury sprawdzającej dostał opinię negatywną.
  • Walki w ustawkach kibolskich. Nawrocki sam się do tego ponoć przyznał, a na pewno temu nie zaprzeczał. Piszę to, bo wielu jego zwolenników walczy z tymi zarzutami, jakoby pochodzą one od jednego tylko i to mało wiarygodnego świadka.
  • Wynajem pokoi w hotelu muzealnym bez płacenia za nie, mimo że mieszkał 5km dalej (wszczęto w tej sprawie śledztwo).
  • (To jest raczej żałosne niż złe, ale też warto wspomnieć): Napisał książkę pod pseudonimem Tadeusz Batyr po czym... w anonimowym wywiadzie (jako Batyr) chwalił się, że zainspirował go Karol Nawrocki, a jako Karol Nawrocki chwalił Tadeusza Batyra.
  • W trakcie debaty na żywo zażył jakiś środek pobudzający. Niektórzy twierdzą, że był to tzw. SNUS lub woreczek nikotynowy, których sprzedaż w Polsce jest nielegalna, chociaż samo posiadanie już nie. Cokolwiek by to nie było, sam fakt, że MUSIAŁ to zrobić bardzo źle o nim świadczy (bo samo posiadanie takiego nałogu akurat nie za bardzo - wiele osób pali tytoń lub zażywa go w różnej postaci, że o alkoholu nie wspomnę).
  • No i na koniec najgorsze. I to już nie są żadne domniemania, tylko fakty. I samo to już powinno go pogrążyć: oszukał pewnego starca i przejął w podejrzanych okolicznościach jego mieszkanie, jego samego porzucając w DPSie.

Możliwe, że o czymś nie napisałem - a to co o nim wiemy lub podejrzewamy to prawdopodobnie tylko czubek góry lodowej.

30% Polaków to twardy elektorat PiSu - i tak by go wybrali. Mają oni umysły tak bardzo zaczadzone propagandą i nienawiścią do „tych drugich”, że nawet jakby na ich oczach Nawrocki połamał krzyż i podtarł się biblią, to i tak by zrobili jakieś fikołki mentalne, żeby go uznać za porządnego Polaka i katolika, który ich obroni przed „lewacką Unią”.

Tych ludzi karmiono propagandą ukazującą wszystkich innych niż PiS jako zdrajców Polski, którzy mieli tą Polskę sprzedać Niemcom, którzy mieli zmuszać dzieci do bycia gejami lub do zmiany płci, którzy mieli sprowadzać do Polski rzesze złych imigrantów, którzy będą Polaków gwałcili, grabili i mordowali. Ci ludzie to autentyczny ciemnogród, którego nie obchodzą fakty ani rzeczywistość.

Ale 20% głosujących uznało Nawrockiego, człowieka o którym powiedzieć, że jest podejrzany to jakby nic nie powiedzieć, jako „mniejsze zło” niż Trzaskowski, człowiek światowy i wykształcony, bez jakiejś mrocznej przeszłości, któremu można co najwyżej zarzucić, że jest zależny od Tuska albo że jest kiepskim politykiem, co też nie wcale jest takie oczywiste.


Powiem dosadnie: jebać ich!

Jebać ich wszystkich!

Mam już tego dosyć!

I jebać też wszystkich symetrystów, którzy od jakiegoś czasu kwiczą, że nie należy zrażać do nas wyborców PiSu nazywając ich ciemnogrodem, fanatykami itp.

Przez osiem pieprzonych lat rządów PiSu uśmiechałem się do ludzi, którzy uważali mnie w najlepszym razie za idiotę a w najgorszym za zdrajcę. Starałem się spokojnie dyskutować i najlepsze co mnie spotkało, to drwiące uśmieszki, a w najgorszym obelgi. Do tych ludzi nie trafiają ani fakty, ani logika, ani szacunek, ani kultura. Nie ma rzeczy, które by ich do nas przekonały - dlatego pierdolcie się!

I jebać też wszystkich, którzy teraz „analizują” błędy popełnione przez KO i sztab Trzaskowskiego, które spowodowały ich porażkę. Technicznie może i mają rację co do konkretnych zarzutów. Tylko że w normalnym kraju ktoś taki jak Nawrocki nie dostałby więcej niż parę procent głosów i Trzaskowski wygrałby z nim z palcem w d****. Z kimś innym może już nie. Nawet z kimś innym z PiSu...


Ten kraj i ten naród zasługują na wszystko złe, co go spotka. Sam sobie na to zapracował. A pracował długo, bo w zasadzie od czasów szlacheckich (jeśli nie dłużej), gdy byle warchoł mógł zerwać obrady sejmu i gdzie zawsze istniała reakcja ściągająca nas w błoto zacofania cywilizacyjnego i umysłowego.

I tylko żal mi będzie dobrych ludzi, którzy tu mieszkają oraz poświęcenia naszych przodków, którzy walczyli i pracowali, aby ten naród mógł istnieć.

*

Walka oczywiście nie jest skończona. KO to partia mierna i nieudolna, co pokazali już nie raz - chociaż nie jest prawdą, co wielu ostatnio powtarza, że nic nie robią (w szczególności: nic dobrego). Ludzie na nich głosują, bo nie rozumieją, że MAJĄ inny wybór - ale wolą zamiast tego wybierać stary, sprawdzony beton, bo tak jest „bezpieczniej”.

Fakt, brakuje nam paru partii, które zapełniałyby lukę w przestrzeni możliwych poglądów ekonomicznych i światopoglądowych. Może jeszcze powstaną.

Mi najbardziej brakuje „lewicy”, która oferowałaby jakieś konkrety zwykłym ludziom (i to wcale nie dlatego, że to na obietnicach dla takich ludzi PiS zdobył swoją popularność). Tak, walka o prawa mniejszości seksualnych i kobiet jest ważna - ale zdaje się przesłania ona oczy tym politykom na inne ważne rzeczy: na problemy mężczyzn, na problemy zwykłych robotników, na problemy mieszkaniowe zwykłych ludzi i inne. Te problemy istnieją - nie rozwiązano ich w przeszłości, co więcej nasilają się dzięki działaniom miliarderów, wielkich korporacji i populistycznych, konserwatywnych polityków.

Nie wiem, czy mi samemu starczy sił, żeby chodzić jeszcze na wybory. Po prostu nie widzę już sensu. Chyba jednak będę chodził, będę głosował „przeciwko”, skoro nie mogę „za” - nawet, jeśli ciemnota będzie zwyciężać. Ostatecznie nic mnie to nie kosztuje. Ominął nas los Węgier i Turcji, ale gdy PiS znowu dorwie się do władzy, tym razem już nie odpuści. Tego możemy być pewni.

Widać tu z resztą pewne analogie do wyborów w USA. Kamali Harris wielu ludzi nie wybrało - pomimo że nie popierali Trumpa - bo wmówiono im, że gdy zostanie prezydentką, ich dzieci w szkole będą zmuszane do zmiany płci. Tak samo straszy się Trzaskowskim, że chce „seksualizować” dzieci. Tak samo jak u nas straszono imigrantami i „lewactwem”. Tam prezydentem został skazany przestępca i w drugiej kadencji po prostu puścił wodze wszystkim swoim zapędom. U nas będzie podobnie, jeśli PiS odzyska pełnię władzy.

Dlatego trzeba się przeciwstawiać. Może w końcu ludzie zajarzą, że nie ma sensu głosować na stary beton i zaczną głosować na mniejsze partie. Może wtedy chociaż niektórym wyborcom PiS coś się przestawi w głowach i też zaczną głosować na inne partie (jakiekolwiek by one nie były). Ja w tym momencie w tym właśnie widzę nadzieję dla Polski. Mam z resztą dosyć polegania na KO jako na mniejszym źle.

Gwoli jasności: gdy miałem wybór, nie głosowałem na nich, tylko właśnie na różne mniejsze partie czy raczej ich przedstawicieli.

No nic, świat się jeszcze nie skończył i trzeba żyć dalej. Wszystkim ludziom dobrej woli życzę jak najlepiej i jak najwięcej sił, a pozostałym mówię: jebcie się.

wtorek, 24 grudnia 2024

Tylko powtarzam, co słyszałem

Jakiś czas temu zauważyłem w krótkim odstępie czasu dwie wypowiedzi, podobne w swojej wymowie, które otworzyły mi oczy na pewne niepokojące zjawisko (istniejące raczej „od zawsze” - po prostu wcześniej nie przywiązywałem do niego jakiejkolwiek wagi).

Pierwsza taka wypowiedź na blogu Kwantowo dotyczyła argumentu używanego często przez kreacjonistów, nazywanego „argumentem zegarmistrza”. Tak mi się przynajmniej wydaje, ponieważ różnice pomiędzy różnymi rodzajami argumentów bywają naprawdę subtelne.

Jeden z komentatorów przytoczył analogie do liści, które losowo spadając tworzą jakiś skomplikowany wzór. Nie będę tutaj tłumaczył, dlaczego to jest głupi argument - to nie ma znaczenia dla tego, co chcę tu napisać. Zamiast tego zachęcam do przeczytania artykułu o argumencie zegarmistrza.

Na moją krytykę (może trochę szorstką, ale jakiś czas temu przestałem się przejmować urażaniem uczuć ludzi mówiących głupoty) tamta osoba odpowiedziała, że „tylko powtórzyła wypowiedź pewnego naukowca” i osobiście wcale się do prawdziwości tej wypowiedzi nie ustosunkowuje. Prawie na pewno nie był to żaden naukowiec, mniejsza jednak o to.

Ostatnio gdy rozmawiałem z pewnym znajomym, ten zaczął niesprowokowany (rozmowa była o powodzi) powtarzać rosyjską propagandę wojenną (sic!). Gdy zacząłem kontrować, to co mówi, zaczął się bronić, że on nie wie, jak jest naprawdę i tylko powtarza to, co widział na Tik-Toku (jeszcze raz: SIC!!!).

Ciężko mi stwierdzić, czy takie osoby rzeczywiście tylko powtarzają to co słyszały, czy naprawdę tak uważają i próbują przekonać do tego innych. Obydwie opcje wydają mi się równie prawdopodobne, ale nie o tym chciałem pisać.

Takie bezmyślne powtarzanie, niby bez zajmowania jakiejkolwiek strony, bez żadnego zastanowienia się nad tym, co się mówi może prowadzić do akceptacji i następnie pełnego poparcia takich poglądów i przyjęcia ich jako własnych. O rozsiewaniu dezinformacji nawet nie wspomnę.

Wiedzą o tym różnego rodzaju manipulatorzy rozsiewający w internecie swoją (często płatną) propagandę. Często też mówi się tak, żeby wysondować dane towarzystwo (czy to w realu, czy w necie). Jeśli ktoś rzuci jakąś głupią albo odrażającą myśl a inni się oburzą - „Hej! To był tylko taki żart / ja tylko powtarzam, co słyszałem!”. Jeśli natomiast spotka się to z reakcją neutralną (lub jeszcze lepiej: przychylną), to temat drążony jest dalej.

Niedawno słyszałem fajne określenie na takie wypowiedzi: żart Schroedingera. Jeśli reakcja jest nieprzychylna: to był żart. Jeśli przychylna: to nie był żart.

Jest to znakomite narzędzie służące do radykalizacji ludzi. Pod pozorem niby to tylko powtarzania plotek albo mówienia żartów przyzwyczaja się powoli ludzi do różnych głupich lub niebezpiecznych poglądów. Najgorsze, że działa to w dwie strony: osoba, która mówi takie rzeczy nie mając żadnych złych zamiarów - jeśli spotka się z neutralna lub przychylną reakcją innych - może nabrać przekonania, że coś w tym jest, może nawet że ci, którzy tak mówią mają rację itp.

W naszej cywilizacji toczy się kilka różnych „wojen” - kulturowa (np. między chrześcijaństwem a świeckością), polityczna (między zwolennikami różnych poglądów politycznych) czy nawet klasowa (między miliarderami i ludźmi posiadającymi władzę a zwykłymi obywatelami). Takie taktyki niestety sprzyjają tym gorszym stronom, bo to one żerują na ludzkim strachu i niedoli, bo to jest niezbędne do ich funkcjonowania. Dodatkowo ludzie nie lubią myśleć, wolą proste, czarno-białe rozwiązania.

Dlatego powinno się takim wypowiedziom przeciwstawiać. Tak, wiem: mówi się, żeby nie karmić trolli ani żeby nie wdawać się w dyskusje z głupcami. Zgadzam się z tym - nie ma to sensu, żadne argumenty do takich ludzi nie trafiają, będą tylko ignorować twoje argumenty i powtarzać w kółko to samo, okraszone obelgami.

Ale można po prostu skomentować ich wypowiedzi, bez wdawania się w czczą polemikę. Żeby nie zostawić wrażenia, że ich wypowiedzi są powszechnie akceptowalne.

niedziela, 14 lipca 2024

Wg. mnie to jest tak...

Po napisaniu poprzedniego artykułu przypomniała mi się jeszcze jedna rzecz. Bardzo mocno związana z poprzednim tematem, ale ciut inna.

Otóż zdarza mi się czasem - czy to w trakcie rozmów, czy też czytając czyjeś komentarze - napotkać wypowiedzi w stylu „wg. mnie taki a taki fakt brzmi tak” czy „taki a taki przepis działa tak” itp.

Nigdy nie robiłem żadnej listy takich wypowiedzi, więc wymyślę przykład, żeby było konkretnie wiadomo, o co chodzi.

Wyobraźcie sobie, że ktoś mówi, że wg. niego czerwone światło + zielona strzałka w prawo oznacza, że można po prostu sobie pojechać nie zatrzymując się na światłach. To oczywiście nie jest prawdą, o czym łatwo się przekonać sprawdzając po prostu przepisy. A jednak znajdą się ludzie, którzy nawet w takich przypadkach będą się upierać przy swoim.

Przykład dotyczy przepisów ruchu drogowego, więc jest naprawdę bardzo życiowy: sam wiele razy prowadziłem rozmowy na ten temat i sam również wypowiadałem się w tych sprawach. Nie będąc jednak pewnym tego co mówię sprawdzałem to - i czasem ku mojemu zdumieniu, jeśli okazywało się, że mój rozmówca się po prostu pomylił, kwitował to stwierdzeniem w stylu „no ja nie wiem, według mnie to powinno być tak”.

Nie jest to kwestia posiadania własnego zdania czy opinii. Jest to kwestia prostego sprawdzenia jakiegoś podstawowego faktu. Nie są to też rzeczy, które mogłyby być jakoś nacechowane emocjami, w stylu kwestii politycznych, religijnych czy też tych kwestii naukowych, które albo jakoś kolidują z czyimiś poglądami (głównie mającymi podłoże religijne lub polityczne) albo takich, które stały się bardzo popularne, więc każdy uznał za punkt honoru stać się w tym temacie „ekspertem”.

Mówię o zwykłych, prostych, neutralnych faktach. Często żeby je sprawdzić, wystarczy po prostu przeczytać co jest napisane w jakiejś książce, w internecie, w przepisach itp. Jest to kwestia poznania rzeczywistości prawie że dosłownie na poziomie „obróć się za siebie i zobacz, jakiego koloru jest ściana”.

A jednak, czy to w sprawach dotyczących przepisów prawnych, faktów naukowych (nawet zwykłej matematyki), czy też po prostu upewnienia się, że news o jakim słyszeliśmy na pewno brzmiał tak, jak to opisaliśmy (dosłownie parę kliknięć na smartfonie) - ludzie będą się zapierać, że jest tak jak oni mówią i koniec. Może nie tak konfliktowo jak w kwestiach światopoglądowych, ale jednak.

Jest to dla mnie coś zupełnie niezrozumiałego i szczerze mówiąc strasznego. Gorszego nawet niż ten przymus posiadania własnej, niezachwianej opinii, który ciąży na niemalże każdym człowieku. Bo w tamtym przypadku mogę zrozumieć, że w grę wchodzą emocje (plus inne czynniki). W tym przypadku - po prostu nie rozumiem tego.

niedziela, 30 czerwca 2024

Każdy ma prawo do własnej opinii

Jakiś czas temu byłem na pewnej rodzinnej uroczystości. Niestety tak się składa, że mam w rodzinie paru zagorzałych zwolenników PiS (i jeden ex-zwolennik, który gdy się okazało, że jednak nie będzie żył w dobrobycie jaki mu obiecał PiS, zmienił front i stał się zagorzały zwolennikiem Konfederacji).

I żeby było jasne: doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że każda partia ma takich zwolenników. Ja osobiście jeszcze nie spotkałem co prawda fanatyka przykładowo PO, ale zbyt dobrze znam ludzką naturę, żeby wątpić w istnienie takich osobników.

Do czego jednak zmierzam. W trakcie rodzinnych spotkań rozmawia się na różne tematy. Czasem zejdzie też na politykę, ale sporadycznie i ogólnie nikt się z nikim nie kłóci i temat zasadniczo szybko znika, bo jest mało ciekawy.

Nie, gdy w gronie znajduje się osoba popierająca PiS!

Raz, że temat polityczny staje się wtedy jednym z pierwszych poruszonych. Dwa, że temat ciągnie się bardzo długo, bo taka osoba nie może po prostu przestać o tym rozmawiać. Gdy zmęczeni próbujemy zmienić temat, taka osoba szybko do niego wraca, dosłownie jakby ciążył na niej jakiś przymus. A gdy ktoś już nie może wytrzymać i próbuje ją korygować odnośnie „faktów”, które przedstawia, to reakcja wygląda najczęściej: „a dobra, nie gadajmy już o tym” (sic!) oraz właśnie tytułowe „każdy ma prawo do własnej opinii”.

Po ostatnim takim spotkaniu chciałem właśnie coś napisać na ten temat, ale ostatecznie zrezygnowałem. Jednak pod ostatnimi artykułami komentator na końcu również próbował się usprawiedliwiać w ten sposób: że on tylko przedstawiał swoją opinię i że każdy ma prawo do posiadania własnej opinii. (komentarz usunąłem - miałem tego dosyć)

Stwierdzenie tak oczywiste, że trywialne - a jednak kryje się za nim parę problemów.

1. Tak, oczywiście że każdy ma prawo do własnej opinii. Ale nie każda opinia jest tak samo wartościowa.

Daniel Patrick Moynihan napisał kiedyś:

“You are entitled to your opinion. But you are not entitled to your own facts.”
(Masz prawo do posiadania własnej opinii. Ale nie masz prawa do posiadania własnych faktów.)

Opinię można sobie wyrobić w różny sposób. Większość ludzi robi niestety to pod wpływem emocji i na podstawie usłyszenia paru plotek, które w obecnych czasach często są rozsiewane celowo. Nawet później, kiedy prawda wyjdzie na jaw, ciężko im zmienić swoje zdanie. Wielu z nich nigdy tego nie robi mówiąc, że ogólnie dostępne fakty to kłamstwa - lub trochę delikatniej: że pochodzą z niepewnych źródeł, więc nie można im wierzyć i lepiej poczekać. Oczywiście to zawsze inni mają z tą opinią poczekać, bo oni są już na 100% pewni swego.

Opinie oparte na faktach mają o wiele większą wartość niż te, które ktoś sobie wyrobił w chwili uniesienia. Przede wszystkim bardziej odpowiadają one rzeczywistości. Ale też np. taką opinię można łatwiej zmienić (jeśli zajdzie taka potrzeba, gdy światło dzienne ujrzą nowe fakty).

2. Problem z takimi ludźmi, którzy na końcu wołają o tym, że mają prawo do własnego zdania jest często taki, że oni nie poprzestają po prostu na przedstawieniu swojej opinii.

W trakcie wspomnianego spotkania tamta osoba oskarżyła wszystkich, że się nie znają, że nie pamiętają jak było za Tuska, a nawet posunęła się do stwierdzenia, gdy ktoś próbował przedstawić kontrargumenty do tego co mówiła, że inflacja za Tuska była wyższa niż za Kaczyńskiego (chyba nie muszę pisać, jak było naprawdę?).

Mówiąc inaczej: próbowała ona odmalować innych jako ignorantów, którzy się nie znają i nic nie wiedzą, podczas gdy ta osoba ma 100% pewną wiedzę na ten temat.

Podobnie niestety postąpił wspomniany komentator. Podczas gdy ja przedstawiłem pewne fakty (jakie by one nie były), on już w pierwszym komentarzu próbował odmalować mnie jako osobę, która niesprawiedliwie i bezpodstawnie tak surowo oceniła owych żołnierzy. W rzeczywistości ja podałem podstawy, na jakich oparłem swoją ocenę podczas gdy to on te podstawy świadomie odrzucił i oparł swoją opinię na niczym więcej, niż na „uważam, że”.

Ludzie tacy używają prawa do posiadania własnej opinii jako swego rodzaju broni przeciwko swoim rozmówcom. Jako „argumentu” który ma udowodnić, że to oni mają rację a inni się mylą. Sam fakt posiadania takiej opinii ma być wystarczającym dowodem na jej słuszność.

Jeśli się przeciwstawisz takiej opinii (nawet jeśli powołujesz się na jakiekolwiek fakty), to jesteś odmalowany jako fanatyk, tudzież naiwniak który uwierzy we wszystko, ew. ignorant. Często jesteś oskarżany o to, co robi taka właśnie osoba (to się chyba nazywa projekcja).

3. Może najmniej ważne, ale nie pozbawione znaczenia dla kogoś, kto ceni sobie rzeczową dyskusję.

Ludzie, którzy odwołują się do prawa posiadania własnej opinii robią to, bo tak naprawdę nie mają żadnych innych argumentów. Już samo to sprawia, że ich wypowiedzi nie mogą być traktowane poważnie. Ale ważniejsze jest w tym przypadku, że nie można z kimś takim dyskutować.

Dyskusja (taka konkretna, rzeczowa) polega na pewnej wymianie faktów, argumentów, logicznych wywodach itp. Jeśli ktoś mówi: „mam prawo do własnego zdania”, to jak z czymś takim dyskutować? Oczywiście, że ma prawo do własnego zdania. Ale to nijak ma się do rzeczywistego stanu rzeczy, o którym się dyskutuje.


Dla mnie najbardziej przykre jest, że często osoby takie są całkiem inteligentne. Tak, statystycznie pewnie można by pokazać jakąś negatywną zależność między inteligencją/wykształceniem a tego typu zachowaniem. Statystyka to jednak tylko narzędzie do masowej analizy danych. A ludzie to jednostki.

Nasza cywilizacja cierpi niestety na umysłowy analfabetyzm. Tak jak już kiedyś pisałem, nie uczy się ludzi myślenia. Wykłada się fakty nie informując nikogo, w jaki sposób te fakty odkryliśmy i dlaczego są one prawdziwe.

Efekt jest taki, że dla wielu taka wiedza to po prostu autorytatywne stwierdzenia - takie jakie może każdy wypowiedzieć z ambony, w telewizji, w mediach społecznościowych... A ludzie wolą wierzyć tym autorytetom, które im pasują, tym wypowiedziom które są bardziej chwytliwe, proste do zrozumienia, które bardziej przemawiają do emocji.

Nie lubią dociekać prawdy, analizować faktów, myśleć. Mają własną opinię i to im wystarcza. I wtedy dyskurs społeczny umiera zastąpiony słownymi przepychankami a społeczeństwo ulega głębokim podziałom. Ze szkodą dla wszystkich, co niestety mało kto dostrzega, gdyż mało kto potrafi łączyć ze sobą te rzeczy.

piątek, 21 czerwca 2024

Zatrzymani żołnierze, uzupełnienie

Uzupełnienie do poprzedniego artykułu

W komentarzach napisałem, że doszły mnie słuchy o nowych szczegółach odnośnie zatrzymanych żołnierzy.

Okazuje się, że:

  1. Oni nie strzelali po prostu do migrantów (niezależnie od wszystkich innych okoliczności), ale że na linii strzałów znajdowali się inni żołnierze (ich koledzy) oraz funkcjonariusze straży granicznej.
  2. Nie był to ich pierwszy wybryk z bronią.
  3. Ich koledzy bali się ich i wprost powiedzieli, że „mają problem ze służeniem z ludźmi, którzy strzelają w ich kierunku”
  4. Całość nagrały aż 4 kamery!

Ludzie tacy, jak pewien anonimowy komentator będą się wykręcali jak tylko mogą, świadomie ignorując wszystkie pokazane przeze mnie fakty, twierdząc, że tak naprawdę nic nie wiadomo, że te źródła nie są pewne (a które są? może oni znają jakieś pewne źródła, tylko nie chcą się podzielić?) itp.

Rzeczywistość wygląda jednak tak, że niezależnie od jakości tych faktów, one są i jest wysoce wątpliwe, żeby wszystkie były sfałszowane. I każdy z nich w pojedynkę powinien dać przynajmniej do myślenia każdemu rozumnemu człowiekowi, a wszystkie razem dają jednak podstawy do sądzenia, że aresztowanie tych żołnierzy było więcej, niż zasadne.

Ale nawet jeśli ktoś nie chce w nie wierzyć to sama ich obecność powinna jego lub ją skłonić do powstrzymania się z wypowiedziami przeczącymi tym faktom przynajmniej do czasu, gdy dowiemy się czegoś bardziej pewnego.

Anonimowy jednak oraz pozostali krzykacze nie tak postępują. Zachowują się oni w taki sposób, jakby byli 100% pewni, że zatrzymanie tych żołnierzy było całkowicie nieuzasadnione.

Dlatego mówię z góry: jeśli ktoś chce w takim właśnie celu komentować na moim blogu, będę od razu usuwał takie komentarze. Anonimowy był pierwszą taką osobą, więc został potraktowany trochę w specjalny sposób, ale moja cierpliwość wobec jego wywodów też się skończyła.

poniedziałek, 10 czerwca 2024

Zatrzymani żołnierze

Zamierzam się tu podzielić bardzo niepopularną opinią, dlatego jest spora szansa, że jeśli ktoś się tu zawieruszy i to przeczyta, może przeżyć święte oburzenie. Miałbym tylko jedną prośbę: jeśli oczekujesz konkretnej dyskusji, to uspokój się, zastanów co konkretnie chcesz powiedzieć (najlepiej wypunktuj sobie gdzieś swoje argumenty) i wtedy pisz.

No chyba że chcesz po prostu pozbyć się gdzieś jadu, który ci się nazbierał...

Dodałem też małe uzupełnienie, które umieściłem też w osobnym artykule

Jest już po wyborach, ale w zeszłym tygodniu wybuchła pewna „afera”, bo media nagle zaczęły krzyczeć, że paru polskich żołnierzy zatrzymano za oddanie strzałów ostrzegawczych na granicy.

I od razu wielkie oburzenie w internecie: jak oni mogli tak zrobić, to jest zamach na polskie wojsko, żołnierz musi bronić ojczyzny bez obawy że go zamkną i takie tam. No i oczywiście Wina Tuska (a kogóżby innego?), ew. lewackiej Unii czy coś tam. Bełkotu było wszędzie co niemiara i niektórzy chyba już sami nie wiedzieli, co powiedzieć. Aż mnie to do tego zbrzydziło, że przez parę dni wogóle nie śledziłem żadnych newsów w żadnych mediach.

Media zaś zawiodły na całej linii, bo wyglądało to, jakby w pierwszych dniach każdy powtarzał za każdym innym tą samą papkę, bez sprawdzenia jakichkolwiek szczegółów towarzyszących tej sprawie.

Władza zawiodła praktycznie z tego samego powodu. Zamiast dowiedzieć się podstawowych rzeczy i całą sprawę zdementować, była wielka panika, „żądanie wyjaśnień”, szukanie winnych i tego, co politycy potrafią najlepiej - dużo bliżej nieokreślonych obietnic.

Dopiero po paru dniach dowiedziałem się paru niewygodnych dla tych wszystkich obrońców naszych „męczenników” faktów:

  1. Żołnierzy zatrzymano na przełomie marca i kwietnia. Dlaczego sprawa wyszła dopiero na tydzień przed wyborami? I która partia najgłośniej krzyczała w „obronie” żołnierzy?
  2. Całą sprawą na początku Maja zajął się prokurator mianowany przez Ziobrę, Tomasz Janeczek. Nic w tej sprawie nie zrobił - (i tu mój domysł tylko) pewnie wiedział, że będzie to na rękę jego politycznym kolegom. Oczywiście gdy sprawa wyszła, nagle okazało się, że „on nic nie wiedział”.
  3. Strzały ostrzegawcze oddaje się na granicy cały czas. Tylko w Maju oddano ich ponad 700, a od początku roku padło ich prawie 1200. Mimo to nie słychać nigdzie, aby z tego powodu dochodziło do masowych aresztowań żołnierzy. A jednak aresztowanie tych dwóch o których zrobiło się głośno stało się nagle dowodem na to, że polskim żołnierzom zabrania się strzelać odstraszająco do atakujących ich migrantów.
  4. Owi „bohaterowie” nie oddali po prostu ostrzegawczych strzałów. Gdy migranci wycofali się i przestali im zagrażać, oni dalej strzelali w ich kierunku. Nawet gdy tamci znaleźli się po stronie białoruskiej.
  5. Ową aferę połączono ze śmiercią innego żołnierza, który został ugodzony nożem właśnie w trakcie obrony granicy. Jego śmierć wykorzystano w dosyć cyniczny sposób w dalszej nagonce i internetowych oraz politycznych przepychankach.

Było tego jeszcze parę innych rzeczy, ale nie byłem w stanie ich sprawdzić, więc nie będę ich tu przytaczał.

Ogólnie byłoby mi pewnie trochę bardziej żal tych dwóch żołnierzy, gdyby nie ludzie, którzy zrobili z nich jakichś męczenników i bohaterów, żeby zbić na nich polityczny kapitał. Ostatecznie to nie oni są odpowiedzialni za to, że nie są profesjonalnymi zawodowcami, tylko amatorami, którzy mogli sobie trochę postrzelać.

Każda partia miała swój udział w tym, że Wojsko Polskie (a skoro już o tym mówimy, to Policja też) tak bardzo obniżyło swoje standardy. W szczególności zaś partia, która ostatnio rządziła nam przez 8 lat.

Jesteśmy jednak w NATO i powinny nas obowiązywać standardy natowskie, a nie standardy polskich myśliwych. Dlatego mam nadzieję, że cała sprawa nie zostanie umorzona w imię uspokojenia politycznej nagonki i ci dwaj żołnierze zostaną pociągnięci do odpowiedzialności.

Nawet prowadząc wojnę sprawiedliwą (czyli w obronie własnego kraju) nikt nie ma prawa strzelać do wszystkiego i do wszystkich, według własnego widzimisię. Najdrastyczniejsze takie przypadki nazywa się ludobójstwem i ściga się jako zbrodnie wojenne.

Ale osobiście wolałbym, żeby była to jakaś lekka kara dyscyplinarna i nic więcej - od dawna wiadomo (przynajmniej ludziom rozumnym), że to nie wielkość kary, ale jej nieuchronność stanowi lepszy środek odstraszający. Poza tym, jak napisałem wyżej, nie obarczam ich 100% winą za to, co się stało.

Uzupełnienie

W komentarzach napisałem, że doszły mnie słuchy o nowych szczegółach odnośnie zatrzymanych żołnierzy.

Okazuje się, że:

  1. Oni nie strzelali po prostu do migrantów (niezależnie od wszystkich innych okoliczności), ale że na linii strzałów znajdowali się inni żołnierze (ich koledzy) oraz funkcjonariusze straży granicznej.
  2. Nie był to ich pierwszy wybryk z bronią.
  3. Ich koledzy bali się ich i wprost powiedzieli, że „mają problem ze służeniem z ludźmi, którzy strzelają w ich kierunku”
  4. Całość nagrały aż 4 kamery!

Ludzie tacy, jak pewien anonimowy komentator będą się wykręcali jak tylko mogą, świadomie ignorując wszystkie pokazane przeze mnie fakty, twierdząc, że tak naprawdę nic nie wiadomo, że te źródła nie są pewne (a które są? może oni znają jakieś pewne źródła, tylko nie chcą się podzielić?) itp.

Rzeczywistość wygląda jednak tak, że niezależnie od jakości tych faktów, one są i jest wysoce wątpliwe, żeby wszystkie były sfałszowane. I każdy z nich w pojedynkę powinien dać przynajmniej do myślenia każdemu rozumnemu człowiekowi, a wszystkie razem dają jednak podstawy do sądzenia, że aresztowanie tych żołnierzy było więcej, niż zasadne.

Ale nawet jeśli ktoś nie chce w nie wierzyć to sama ich obecność powinna jego lub ją skłonić do powstrzymania się z wypowiedziami przeczącymi tym faktom przynajmniej do czasu, gdy dowiemy się czegoś bardziej pewnego.

Anonimowy jednak oraz pozostali krzykacze nie tak postępują. Zachowują się oni w taki sposób, jakby byli 100% pewni, że zatrzymanie tych żołnierzy było całkowicie nieuzasadnione.

Dlatego mówię z góry: jeśli ktoś chce w takim właśnie celu komentować na moim blogu, będę od razu usuwał takie komentarze. Anonimowy był pierwszą taką osobą, więc został potraktowany trochę w specjalny sposób, ale moja cierpliwość wobec jego wywodów też się skończyła.

niedziela, 10 marca 2024

Decydowanie o losach Ukrainy

Papież Franciszek znowu dał pokaz tego, jak bardzo przejmuje się losami ludzi ginącymi na Ukrainie wskutek rosyjskiej agresji. Bardzo troskliwymi słowami wezwał Ukrainę do wywieszenia białej flagi i negocjowania pokoju. Wszystko to oczywiście w trosce o ginących ludzi:

Silniejszy jest ten, kto widzi sytuację, kto myśli o narodzie, kto ma odwagę białej flagi, by negocjować. Dzisiaj można negocjować przy pomocy potęg międzynarodowych. Słowo: negocjować jest odważne.
Kiedy widzisz, że jesteś pokonany, że sprawy nie idą dobrze, trzeba mieć odwagę negocjować. Wstydzisz się, ale iloma zabitymi to się skończy?

Wypowiedź ta oczywiście podyktowana została jego wielkim Ego, każącego mu siebie widzieć jako zbawcę narodów, apostoła pokoju, czy jak to tam jeszcze nazwać. Nie dociera do niego, bo jest głuchy na rzeczywistość, że taki „pokój” oznaczałby tak naprawdę poddanie się Rosji, a co za tym idzie masę zabitych i cierpiących ludzi (o których to niby tak bardzo się troszczy).

Nie jest to pierwsza tego rodzaju jego wypowiedź. Już wcześniej stawał po stronie Rosji w tym konflikcie. Dlatego to samo nie jest dla mnie jakimś szokiem.


Co mnie bardziej szokuje, to że podobne poglądy ma wielu ludzi na zachodzie - ludzi skądinąd inteligentnych i nie mających wcale złych intencji. Ostatnio na jednym z moich ulubionych blogów przeczytałem artykuł w podobnym tonie: powinno się tę wojnę jak najszybciej zakończyć i usiąść do pokojowych negocjacji pod nadzorem NATO.

Nie będę linkował do tego bloga, bo ogólnie bardzo lubię tę osobę i nie chcę jej przysparzać złej sławy. Tym bardziej, że nie jest ona wcale wyjątkiem.


Na zachodzie, w szczególności za oceanem, istnieje taka bardzo nieprzyjemna mentalność, która karze różnym ludziom widzieć siebie jako wielkich dobroczyńców ludzkości, którzy pilnują pokoju, pomagając co mniej rozwiniętym nacjom.

Ta mentalność jest silnie zakorzeniona w imperializmie, jaki przejawiają bogate, silne państwa. Jeśli popatrzycie chociażby na mapę Afryki, zobaczycie mnóstwo prostych linii - co jest bardzo dziwne. Granice przebiegają zwykle wzdłuż naturalnych granic: rzek, pasm górskich itp. A te wyglądają jakby ktoś je rysował linijką na mapie. A jest tak dlatego, ponieważ tak właśnie było - wiele z tych krajów to byłe kolonie europejskie, które zostały właśnie w ten sposób podzielone, bez zważania na rzeczywiste podziały etniczne czy geograficznie. Miało to tragiczne w skutkach konsekwencje.

Podobnie było w Europie po drugiej wojnie światowej. Zachód (alianci) wraz ze Stalinem podzielili po prostu Europę na własne sfery wpływów, rysując na mapach granice wg. własnych potrzeb i widzimisię. Bez zważania na to, kto dane obszary zamieszkiwał, z jakimi narodowościami się utożsamiał itd. (porównajcie sobie granice państw sprzed i po II wojnie światowej). I to też skutkowało tragicznymi konsekwencjami, które - tak samo jak w Afryce, można odczuwać do dzisiaj.


Teraz dzieje się podobnie: niektórzy ludzie żądają wręcz zakończenia tej wojny, oficjalnie w celach zapewnienia pokoju i bezpieczeństwa ludziom biorącym w niej udział. Nie dociera do nich, że żądają tak naprawdę pokoju na warunkach agresora, bez oglądania się na pragnienia ludzi których ta wojna najbardziej dotyczy. Są głusi na wszystko, co wiemy o Putinie i jego metodach działania. Wydaje im się, że są mądrzejsi niż głupiutkie ludy z krajów 2-go czy nawet 3-go świata, które nie rozumieją że są głupie i nie wiedzą, czego chcą i nie poradzą sobie bez wsparcia „starszych braci”.

Jest to straszliwie odstręczająca mentalność, zahaczająca tak naprawdę o rasizm. Dla nich jesteśmy niemalże dosłownie pod-ludźmi, którzy nie są w stanie sami o sobie decydować z powodu pewnego niedorozwoju umysłowego. Takie są przecież poglądy rasistów!

Oczywiście oni nie myślą w taki sposób. Są przekonani, że wiedzą lepiej i że czynią dobrze. Ale ta pycha i arogancja, nawet dyktowana dobrymi intencjami, niczego nie zmienia.

*

Na koniec chciałbym polecić wszystkim pewien blog, który stara się ludziom z zachodu wytłumaczyć pewne niuanse tej wojny. Myślę że każdy znajdzie w nim ciekawe informacje - bo nawet tutaj, w Europie środkowej/wschodniej nie każdy wie wszystko o historii naszej części świata.

Eastsplaining’s Substack

niedziela, 31 grudnia 2023

Mały, staroroczny rant na Polskę, Polaków i ogólnie na ludzi

Post ten chciałem napisać zaraz po wyborach, ale nie za bardzo chciało mi się go pisać. Jest strasznie negatywny. Ale muszę z siebie to wyrzucić, więc przeniosłem go na koniec roku.

Przeczytałem jakiś czas temu na Onecie pewien artykuł o rzeczywistych nastrojach i poglądach ludzi w PRLu, w czasach Solidarności. W skrócie: większość Polaków miała Solidarność gdzieś, liczyło się bardziej stabilność finansowa, dostępność produktów itp niż jakaś abstrakcyjna wolność. Cytując:

"W istocie społeczeństwo było podzielone, a od zbuntowanych i pragnących wolności liczniejsi byli ci, którzy przede wszystkim chcieli spokoju, uporządkowanych reguł życia, a także oczekiwali instrukcji, co jest prawdą, a co nie, co jest słuszne, a co nie, tak by mogli się czuć zwolnieni z samodzielnego analizowania sytuacji. Akceptowali zatem autorytet, który to podpowiada i daje gwarancję codziennego porządku, zachowania hierarchii i pewność stabilnej przyszłości".

Nie jestem w stanie sam stwierdzić prawdziwości tych twierdzeń, ale obserwując mentalność rodaków w czasie rządu PiSu nie mogę się oprzeć wrażeniu, że historia się powtarza. I to zadziwiająco dokładnie! Polecam z resztą przeczytać cały artykuł, bo takich twierdzeń jak żywo opisujących wyborców PiS (i nie tylko ich) jest więcej.

W trakcie tych rządów wielu Polaków dało się nabrać na pisowską narrację, która odmalowywała wszystkich, którzy im się sprzeciwiali jako wrogów i zdrajców, którzy rozbiorą Polskę na spółkę z Niemcami i Rosją. To ich obwiniano o całe zło, które się działo, o wszelkie niepowodzenia i tp. - dokładnie jak za PRLu (stwierdzam na podstawie artykułu). I to w zasadzie jest jedyna rzecz, której nie będę w stanie zrozumieć nigdy: jak można być aż tak bardzo zaślepionym, żeby 2/3 Polaków którzy PiSu jako takiego nie popierają uznać za nie-polaków, zdrajców i wrogów Polski!

A ludzi tych było około 1/3 całej populacji. To jest straszne.

Ale z tych pozostałych 2/3 nie wszyscy byli przeciwko PiSowi. Część wolała się nie mieszać, mówiąc najczęściej, że polityka ich nie interesuje. PiSu co prawda nie popierali, ale nie obchodziło ich, że będąc u władzy szkodzą oni naszemu państwu. Kiedyś w radiu słyszałem jakąś statystykę która dzieliła właśnie Polaków na mniej więcej 3 równe części: 1/3 popierała PiS, 1/3 była obojętna i 1/3 była przeciwna. Biorąc pod uwagę frekwencje wyborcze, można więc powiedzieć, że tak naprawdę tylko jakieś ok. 1/5 - 1/6 społeczeństwa naprawdę jest przeciwna rządom nieudaczników, kłamców i złodziei. A smutna prawda jest taka, że większość z nich jest temu przeciwna raczej z powodów ekonomicznych, niż światopoglądowych.

Chociaż może jestem niesprawiedliwy - raz, że te poglądy się nie wykluczają, a dwa że powody ekonomiczne są też bardzo ważne i często również dotyczą kwestii życia i śmierci, tak samo przecież jak kwestie światopoglądowe.

Niezależnie jednak od tego będę się upierał, że jest to mimo wszystko prawda. Jeśli zobaczymy, z jakich powodów protestowali Polacy, to okaże się że w ogromnej większości chodziło o pieniądze - a konkretnie o niskie wypłaty. Tak protestowali nauczyciele, tak protestowali lekarze i pielęgniarki, tak też protestowali policjanci, którym jakoś nie przeszkadzało pałowanie i gazowanie protestujących kobiet. Bardzo podobnie było w czasach Solidarności (cały czas powtarzam za artykułem). Co należy jednak zaznaczyć: każda grupa protestowała osobno, sama dla siebie (o czym będę pisał niżej).

Rodzi to smutną refleksję, że Polak Polakowi nie jest żadnym rodakiem. Czasem w przypływie największego pesymizmu mówię sobie nawet, że nie istnieje coś takiego jak Naród Polski. Jest państwo polskie będące pewnym administracyjnym tworem, jest jakaś grupa „etniczna” polaków, mówiąca wspólnym językiem, mająca podobne zwyczaje i historię - ale nie stanowimy jednolitego narodu. To oczywiście tylko takie depresyjne gadanie, ale prawdą jest, że nie jesteśmy ze sobą solidarni, że nie obchodzi nas los innych Polaków, byleby nam samym żyło się znośnie.

A to źle. Bardzo źle - ponieważ bardzo łatwo byłoby nas zniszczyć. Przytoczę z resztą w tym miejscu wiersz niemieckiego pastora luterańskiego Martina Niemöllera z 1946 (z Wikipedii - również polecam przeczytać, ponieważ również widać pewne podobieństwo do mentalności niektórych naszych rodaków w obliczu PiSowskiego rozmontowywania państwa):

Kiedy naziści przyszli po komunistów, milczałem,
nie byłem komunistą.
Kiedy zamknęli socjaldemokratów, milczałem,
nie byłem socjaldemokratą.
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem,
nie byłem związkowcem.
Kiedy przyszli po Żydów, milczałem,
nie byłem Żydem.
Kiedy przyszli po mnie, nie było już nikogo, kto mógłby zaprotestować.

Z resztą, jakby nie patrzeć, to właśnie się PiSowi udało: zniszczyli każdy aspekt funkcjonowania naszego państwa, ponieważ jednych ludzi nie obchodził los drugich. Deforma edukacji? „Przecież nauczyciele mają tak dobrze! Super zarabiają, mało pracują i jeszcze się upominają o więcej kasy! Z resztą na co komu szkoła - to się w życiu i tak nie przyda.” (naprawdę tego rodzaju opinie słyszałem - i to nie jakieś pojedyncze, odosobnione zdania). Podobnie w każdym innym przypadku.

Żeby tego było jednak mało, często na obojętności się nie kończy. Jak sugerują powyższe wypowiedzi o nauczycielach, często jesteśmy strasznie wrogo nastawieni do innych, często też rodzi się w nas agresja wobec innych współziomków. Czasem z byle powodu a czasem agresją wybuchają nawet ludzie, którzy sami popełnili jakieś przekroczenie norm społecznych, kiedy zwrócić im na to uwagę.

To rozprzestrzenienie się chamstwa w każdej możliwej przestrzeni wspólnej zostało dodatkowo ułatwione wmawianiem nam oklepanych frazesów o tym, że człowiek kulturalny nie wdaje się w czcze dyskusje z głupcami, czy innych podobnych. I nikt teraz nie chce się z takimi osobami zadawać: bo to niekulturalne, bo nie warto szarpać się z gó**em, bo nie chce się zniżać do jego poziomu. A takie ludziki myślą sobie wtedy, że im wszystko wolno. A nam, często też po prostu zmęczonym życiem, łatwiej jest po prostu odwrócić wzrok, olać sprawę i mieć spokój na jakiś czas.

Strasznie rozpowszechniona jest też taka zwykła, codzienna hipokryzja. Rzecz jasna wszyscy nie lubimy ludzi, którzy kradną, ale o kradzież oskarżają innych, którzy kłamią ale o kłamstwa oskarżają innych itp. Ale ja mam tu na myśli takie zwykłe, codzienne sytuacje. Przykładowo: sam byłem parę razy świadkiem gdy ludzie, którzy sami zablokowali alejkę w sklepie chwilę później lub wcześniej mieli pretensje do innych, że blokują przejście.

*

Moim osobistym feblikiem jest logiczne, racjonalne myślenie. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszyscy ludzie muszą posiadać tą umiejętność - ja sam z resztą też doskonały pod tym względem nie jestem, delikatnie mówiąc. Ale można by sobie życzyć, żeby przynajmniej jakaś większość ludzi posiadała jakieś podstawowe umiejętności w tym zakresie, choćby intuicyjne tylko, nie wyuczone.

Tymczasem już od dawna obserwuję, że ludzie łykają najbardziej nawet oczywiste fałsze - takie, do przeanalizowania których wystarczy nie żadna znajomość logiki (bo skąd, skoro nigdzie jej nie uczą), ale naprawdę chwila zastanowienia i/lub jedno zapytanie wpisane w wyszukiwarkę. Ale łatwiej jest polegać na emocjach. Jeśli coś ludziom pasuje, zgadzają się z tym bezrefleksyjnie i powtarzają dalej, jak gramofon. Jeśli nie - potrafią wykazać się zadziwiającą umiejętnością stosowania argumentów ad personam, pomimo nie posiadania żadnej wiedzy na temat różnych rodzajów argumentów. Bo o stosowaniu merytorycznych argumentów rzadko kiedy może być mowa.

O głupocie jako zjawisku (niekoniecznie społecznym) czytałem już u Stanisława Lema. Wg niego źródłem (niemalże?) wszelkiego zła na tym świecie jest właśnie głupota. Podobne poglądy ma Carlo M. Cipolla, który w swoim eseju „The Basic Laws of Human Stupidity” opisuje właśnie to zjawisko, jego podstawowe aspekty i przekonuje, że ludzie głupi są nieporównywalnie bardziej niebezpieczni niż ludzie źli. Przy czym definiuje on ludzi głupich w kontekście społecznym jako takich, którzy szkodzą innym sami nie osiągając przy tym żadnych korzyści.

Esej napisany był w 1976, możliwe więc, że Lem od niego zaczerpnął tą ideę, a możliwe że idea ta istniała już wcześniej i obydwaj panowie po prostu wyrazili to, co uważało wielu ludzi przed nimi. Na potrzeby tego postu jest to nieważne.

Problem z takimi ludźmi jest taki, że nie przekonują ich żadne(!) argumenty. Można im przedstawiać bezpośrednie nagrania, nawet takie, na których ich idole dosłownie przyznają się do popełnienia przestępstwa - to w żaden sposób nie zmieni ich zdania. Żadne ekspertyzy, żadne wyroki - nic! Ludzie tacy reagują właśnie agresją na jakąkolwiek konfrontację i szkodzą innym, nawet jeśli nie bezpośrednio, to właśnie w kontekście politycznym wybierając idiotów, manipulatorów, cyników i złodziei.

Ludzie ci stanowią niebywały wręcz balast, który często cofa całe społeczeństwa nawet o kilka wieków w rozwoju. I nawet jeśli ten efekt jest tylko tymczasowy i „oficjalny”, to przecież i tak ma strasznie negatywny wpływ na wszystkich i na wszystko.

*

Być może mam zbyt pesymistyczne podejście. Jeśli miałbym być szczery, to tego wszystkiego, co opisałem, nie widuję aż tak często na codzień. Ale te problemy istnieją, dają o sobie znać względnie często (robiąc to w dosyć przykry sposób) a przede wszystkim mają ogólny wpływ na całokształt naszego życia.

No ale znowu - może wyolbrzymiam ten problem. Przyznać muszę, że w życiu przeszedłem póki co dwie fazy polegające najpierw na etapie pewnego entuzjazmu wobec ludzi, zastępowanego później stopniowo przez mizantropię(*). Teraz jestem właśnie tym drugim etapie. Czy z niego wyjdę? Nie wiem. Czy wyjdziemy kiedyś z tej głupoty jako społeczeństwo? Tego też nie wiem.

(*) - Specjalnie dałem link do definicji, żeby czytelnik upewnił się, że na pewno zna znaczenie tego terminu. Przepraszam za takie protekcjonalne traktowanie, ale przekonałem się, że niestety ludzie często nie znają znaczenia wielu słów, których tak lubią używać. Także konkretnie tego słowa.

poniedziałek, 20 marca 2023

Jak powinny wyglądać reakcje na reportaż o papieżu Polaku

Dwa tygodnie temu w TVN24 ukazał się film dokumentalny „Franciszkańska 3” pokazujący, że Karol Wojtyła nie tylko wiedział jako papież o ukrywaniu pedofilii w Kościele, ale sam w tym procederze uczestniczył jeszcze jako biskup i kardynał. Długo zastanawiałem się, czy cokolwiek o tym napisać - osobiście mało mnie to obeszło a inni na ten temat napisali już sporo (i do tego lepiej).

Ale jest jedna rzecz związana z całą tą aferą, o której bardzo chciałbym wspomnieć, bo jest mi ta kwestia bliska.

Cała „obrona” papieża Polaka praktycznie rzecz biorąc całkowicie zignorowała to, że kwestie przedstawione w tym reportażu to nie były żadne gdybania, żadne „tezy” (jak przeczytałem na Deonie), żadne wymysły autora - tylko wnioski oparte na pewnych faktach.

Rzeczowa, merytoryczna dyskusja opiera się na faktach. Jakichkolwiek - żadne fakty nie są absolutne, żadne nie są doskonałe, każde można (a wręcz powinno się) próbować podważyć. Ale te fakty muszą być, inaczej cały dyskurs zostaje sprowadzony do przepychanek słownych, odwołania do autorytetu, obelg itp.

Antyintelektualiści nie chcą natomiast takiej dyskusji. Raczej nie dlatego, że wiedzą iż stoją na z góry przegranych pozycjach. Żeby to wiedzieć, trzeba inteligencji i uczciwości, a jednego lub drugiego (a często obydwu) im bardzo brakuje. Nie chcą takiej dyskusji bo po prostu nie mają żadnych argumentów i nie potrafią prowadzić prawdziwej dyskusji, więc uciekają się do tego, co im dobrze wychodzi: do odwoływania się do autorytetów, bliżej nieokreślonych „wartości”, do obelg, straszenia, szczucia i szkalowania.

I do tego właśnie w dużej mierze sprowadziła się cała ta „obrona”: to był atak na „wartości”, na autorytet, to był atak komunistów itp. Były też próby wytłumaczenia: wtedy wszystko się tuszowało (papież Franciszek) czy wręcz nawet że nie mógł tego robić bo wiedział że to grzech (nie żartuję!). I wiele innych tego typu wypowiedzi. I oczywiście była manifestacja uczuć: uchwała w sejmie, homilie w „publicznej” telewizji itp. Słyszałem też o planowanych marszach papieskich...

Z punktu widzenia bodajże każdego inteligentnego człowieka było to wszystko bardzo żałosne i śmieszne.

Dopiero parę dni temu natknąłem się na pierwszą (i jak do tej pory jedyną) rzeczową próbę obrony Karola Wojtyły. Jak przeczytałem na Onecie (artykuł w Rzeczypospolitej jest za paywallem, obydwa źródła niżej), panowie Tomasz Krzyżak i Piotr Litka podważyli wnioski wyciągnięte z dokumentów SB na temat księdza Bolesława Sadusia. I tak właśnie powinna wyglądać dyskusja i w taki właśnie sposób powinno się bronić Wojtyłę, jeśli by się chciało, żeby ktokolwiek tę obronę brał na poważnie!

Oczywiście to jest podważenie wniosków dotyczących jednego tylko wątku. Dodatkowo (jak mogłem przeczytać) dokumenty SB były tylko punktem wyjściowym do dalszych poszukiwań. A jeśli dodamy do tego dziwne posunięcie arcybiskupa Jędraszewskiego, który zablokował dostęp do archiwów krakowskiej kurii, to cała sprawa nie wygląda zbyt ciekawie dla ludzi, dla których Wojtyła ciągle jest jakimś autorytetem. Ale mimo wszystko taka rzeczowa polemika się pojawiła. I tak to właśnie powinno wyglądać, o czym chciałem napisać. Niestety już od paru lat przyjmuję do wiadomości, że ogromna większość ludzi nie myśli w sposób racjonalny

Burza wokół Jana Pawła II. Dziennikarze "Rzeczpospolitej" podważają ustalenia TVN24

Czy ksiądz Saduś na pewno był pedofilem?

wtorek, 14 lutego 2023

Jeszcze kilka słów o niewłaściwym używaniu pewnych terminów

Najpierw o rasizmie

Dawno temu, w latach 90-tych bodajże (dlatego nie pamiętam zbyt wielu szczegółów) w jakimś piśmie o grach (CD-Action albo Secret Service) jakiś gościu napisał list o tym, dlaczego uważa się za rasistę - ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie pamiętam już, jaki właściwie był powód napisania tego listu (być może nawet wcale go nie przedstawił), ale przekonywał, że jest on osobą tolerancyjną, która nie ma nic przeciwko ludziom innych ras - tylko że po prostu zauważa, że ludzie są różnorodni i tę różnorodność akceptuje, przyjmuje po prostu do wiadomości, że wg. niego jest to coś pozytywnego a nawet pożądanego. I dlatego nazywał siebie rasistą w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Ostatnio widziałem jednego mema niemalże o takiej samej wymowie, co skłoniło mnie do napisania tego artykułu.

W różnych słownikach możemy przeczytać, że rasizm to „pogląd zakładający wyższość jednej rasy ludzkiej nad inną” (WSJP) czy „pogląd oparty na przekonaniu o nierównej wartości biologicznej, społecznej i intelektualnej ras ludzkich, łączący się z wiarą we wrodzoną wyższość jednej rasy„ (SJP PWN), podobnie też gdzie indziej. Rasista to człowiek, który pogardza ludźmi innych ras uważając je za gorsze a czasem wręcz nawet za bliżej spokrewnione ze zwierzętami niż z „prawdziwymi ludźmi” (niestety, wcale nie przesadzam).

Dla rasisty nie ma nic niewłaściwego w złym traktowaniu „pod-ludzi”. Nawet mordowanie takich osób uważa on za całkowicie usprawiedliwione. Dlatego bardzo ciężko mi zauważyć cokolwiek pozytywnego w tego rodzaju poglądach. Właściwie to nie widzę w tym nic pozytywnego - nie rozumiem więc, dlaczego zwykli ludzie próbują temu terminowi przydać jakiekolwiek pozytywne skojarzenia.

Mogę się domyślać, że być może jest to jakaś reakcja na polityczną poprawność, która próbuje wszystkich ludzi zrównać do jednorodnej szarej masy. Być może niektórzy tacy ludzie doświadczyli najgorszych stron takiej poprawności na własnej skórze. W takiej sytuacji rozumiem ich reakcję, ale jej nie popieram. Ponieważ powody takiej redefinicji rasizmu mogą być też zupełnie inne.

Rasizm jest źle postrzegany w społeczeństwie (nie bez powodu). Dlatego rasiści, którzy przecież wcale źle się nie czują z powodu posiadanych przez siebie poglądów (a wręcz przeciwnie nawet), chcieliby narysować obraz rasisty jako kogoś, kto „po prostu” zauważa że różni ludzie są - co tu dużo mówić - po prostu różni. To takie oczywiste przecież, takie zdroworozsądkowe. Takie normalne, można by powiedzieć. Jest to jedna z wielu taktyk odwracania kota ogonem i mącenia w społecznym dyskursie.

Rasista, taki prawdziwy, pogardzający innymi ludźmi, nienawidzący ich, cieszący się i śmiejący się z nawet najgorszych zbrodni wyrządzanym „pod-ludziom” to osoba do szpiku kości zła, odrażająca. Nie ma żadnych pozytywnych aspektów takich poglądów. Więc nawet jeśli ktoś w nieświadomości próbuje stworzyć „pozytywną” odmianę takiej chorej postawy, współdziała mimowolnie z propagatorami rasistowskich poglądów. Usprawiedliwia je, podnosi akceptację społeczną co mimowolnie prowadzi do przekonania wielu ludzi o słuszności takich właśnie poglądów. Takie postępowanie nie jest dobre.

Wiem, że rasizm da się stopniować - począwszy od zwykłego przekonania o wyższości własnej rasy, a skończywszy na fanatycznej nienawiści i żądzy mordu wszystkich ras uważanych za pod-ludzkie. Nie zmienia to w żaden sposób mojego rozumowania, gdyż każda taka postawa jest negatywna, nawet jeśli niektóre nie są zbytnio szkodliwe społecznie.

Trochę o innych przypadkach

W poprzednim poście w podobny sposób pisałem o szurach: osobach wierzących w strasznie głupie rzeczy, ale dodatkowo posiadające pewien fanatyczny zapał która czyni je bardzo często niebezpiecznymi (a w najłagodniejszym wypadku po prostu uciążliwymi). Sytuacja jest bardzo podobna. Dlatego nazywanie „szurami” zwykłych ludzi nie tylko że jest dla takich ludzi obraźliwe, ale też normalizuje skrajne, fanatyczne przekonania zwiększając ich szkodliwość społeczną.

Ale jeśli jeszcze kogoś nie przekonałem, to mam w zanadrzu jeszcze jedną historię z przeszłości.

Tym razem bodajże w latach dwutysięcznych pojawiła się pewna strona internetowa. Już nie pamiętam szczegółów, ale pozowała ona chyba na jakąś stronę charytatywną pomagającą dzieciom. Na stronie tej można było jednak znaleźć pewne przesłania które próbowały odmalować pedofilię jako po prostu miłość do dzieci (sic!). Były tam też linki do różnych propozycji "zabaw" z dziećmi. Chyba nie muszę mówić, jakiego rodzaju...

O ile ktoś mógłby mi nie przyznać racji wcześniej, o tyle jestem w zasadzie 100% pewien, że każdy normalny człowiek przyzna mi rację, jeśli powiem, że „pozytywna pedofilia” to chora próba unormalizowania odrażającego zboczenia i że takie próby powinny być odrzucane i piętnowane. A sytuacja jest tu analogiczna jak w poprzednich dwóch przykładach: mamy coś negatywnego i niebezpiecznego, co próbuje odmalować się jako coś pozytywnego i w ten sposób sprawić, że będzie to postrzegane jako coś względnie normalnego, dzięki czemu być może zwiększy się też zakres i społeczna akceptacja takich szkodliwych postaw.

Myślę, że ta analogia jest prawdziwa - a skoro tak, to jeśli ktoś zgadza się ze mną odnośnie pedofilii, to nie powinien właściwie mieć żadnych zastrzeżeń w przypadku rasizmu jak i poglądów spiskowych.

Podsumowanie

Piszę jednak o tym wszystkim mając na myśli trochę szerszy kontekst.

Właściwe używanie różnych słów, zgodne z ich prawdziwym znaczeniem jest bardzo ważne dla jasnej i wolnej od nieporozumień komunikacji międzyludzkiej, co jest kluczowe dla przejrzystego i merytorycznego dyskursu społecznego. Jeśli zaczniemy sobie naginać, czy wręcz zmieniać znaczenie słów według własnych potrzeb, jakakolwiek próba porozumienia z „drugą stroną” stanie się bardzo trudna czy wręcz niemożliwa.

Dlatego zresztą jestem przeciwnikiem używania takich słów jak lewica i prawica - tracą one często jakiekolwiek znaczenie stając się wręcz zwykłymi obelgami. O czym z resztą tez pisałem.

A jesteśmy społeczeństwem i tak już bardzo mocno podzielonym, uważam że w wielu sprawach zupełnie niepotrzebnie - a takim społeczeństwem bardzo łatwo sterować, nie tylko na zasadzie „divide et impera” ale też dlatego że często strony takiego podziału nie rozumują w sposób racjonalny, ale opierają swoje poglądy na emocjach, często wpadając w pułapkę ideologicznego zaślepienia. W takiej sytuacji wystarczy po prostu powiedzieć, że „ci drudzy” zrobili coś złego i to wystarczy: odpowiednia strona już wyciągnie odpowiednie wnioski i umocni się jeszcze bardziej w swoich przekonaniach.

I naprawdę zdaję sobie sprawę z tego, że sytuacja często nie jest symetryczna - ale nie o to teraz chodzi.

Dlatego wyrobiłem sobie taki mały feblik na punkcie właściwego używania różnych terminów. Uważam to za naprawdę ważne i mam nadzieję - jeśli ewentualny czytelnik dotarł aż tutaj - że przynajmniej dałem komuś temat do rozmyślań.

piątek, 30 grudnia 2022

Nie, szury nie miały racji

Chciałem napisać serię o systemach liczbowych, ale idzie mi to jak krew z nosa, więc żeby nie było tu tak pusto, napiszę o pewnej sprawie, że tak powiem, kulturowej.

Jakiś czas temu pojawił się na onecie artykuł opisujący śledztwo pokazujące nieprawidłowości jakie działy się w trakcie pandemi. TL;DR (za onetem): Cztery organizacje zdrowotne zawiadywały walką z pandemią pozostając poza kontrolą jakichkolwiek władz. To oczywiście duże uproszczenie, zachęcam do przeczytania artykułu (uwaga - bardzo długi!).

Parę dni temu znalazłem kolejne tego typu doniesienie na wykopie, ale już nie czytałem. Te rewelacje spowodowały w internecie wysyp komentarzy, które można było podsumować jako „a jednak szury miały rację”.

No więc nie, szury nie miały racji:

  • Szury twierdziły, że wirus został specjalnie stworzony i wypuszczony z laboratoriów w Chinach albo w USA.
  • Potem mówiły że chorobę wywołują nadajniki 5G. Później jeszcze dodały do tego, że szczepienia mają nam implantować chipy, które będą nas kontrolować/inwigilować.
  • Szury mówiły, że tą chorobę przeszły dawno temu, w okresie kiedy nikt o niej jeszcze nie słyszał, a potem zmieniły zdanie i zapewniały wszystkich, że nie ma żadnej pandemii i że ludzie umierający w szpitalach to statyści.
  • Szury mówiły, że ta choroba jest w przebiegu i śmiertelności równie łagodna, co „zwykła” grypa lub nawet katar.
  • Szury mówiły, że szczepienia są w najlepszym wypadku niepotrzebne a w najgorszym wypadku, że mają śmiertelność wyższą, niż samo zakażenie (na chorobę, której ponoć nie było).
  • Szury twierdziły, że nikt nigdy żadnego wirusa COVIDa nie wykrył a co niektórzy mówili wręcz, że nie ma żadnych wirusów.
  • Szury mówiły, że nikt nigdy nie umarł na COVIDa, a gdy wskazywano jako przykład ich bezpośredniego znajomego, twierdziły, że to z innych powodów.
  • Szury mówiły, że maseczki wogóle nie spowalniają przenoszenia choroby i że są wręcz zagrożeniem dla ludzkiego zdrowia (niektórzy posuwali się wręcz do twierdzenia, że noszenie maseczek dosłownie zagazuje danego osobnika dwutlenkiem węgla, twierdzenie które bardzo łatwo sprawdzić po prostu... zakładając maseczkę).

Pewnie jakbym pomyślał, to przypomniałbym sobie jeszcze parę rzeczy.

I ktoś może mnie oskarżyć, że wrzucam wszystkich do jednego worka, że przecież nie wszyscy, którzy powtarzali niektóre z tych rzeczy są szurami. Tak, to prawda - nie oskarżam wszystkich, którzy powtarzali niektóre z tych dezinformacji o bycie szurem. Nie o to mi chodzi.

Pokazuję to wszystko, co mówiły szury. Bo szury nie miały racji.

A mówiły to wszystko lub prawie wszystko czasem te same osoby, tylko że w różnych okresach czasu.

Szury mówiły jeszcze, że pandemia została stworzona w celu kontroli społeczeństwa...

Zdanie półprawdziwe, bo o ile sama pandemia nie została wywołana celowo, o tyle zachłanne władzy rządy wielu państw (wiele z nich konserwatywnych, co chcę podkreślić) wykorzystały tę sytuację właśnie w tym celu. Co zauważało wielu zwykłych ludzi, którzy mieli po prostu otwarte oczy i uszy, i śledzili bieżące wydarzenia (tu zachęcam do zajrzenia do mojego poprzedniego artykułu na ten temat).

Mówienie z tego powodu, że to akurat szury miały rację, bo trafiły jedną półprawdę w steku bzdur, to jak mówienie, że ślepa kura, której trafiło się ziarno ma sokoli wzrok. No i czemu akurat to szurom przyznaje się rację, skoro te rzeczy zauważało też wielu zwykłych ludzi?

Największy problem jednak, jaki mam z rozpowiadaniem takich bzdetów jest nie tylko to, że są one głupie, ale są wręcz niebezpieczne. Tzw. szury to bardzo często agresywni fanatycy i często swoją agresje wyżywają na ludziach, których uważają za swoich wrogów. Jakiekolwiek przyznawanie im racji, stawanie po ich stronie, usprawiedliwianie ich tylko umacnia ich zaślepienie i nienawiść, i może autentycznie spowodować jakąś tragedię (jeśli ktoś nie słyszał, to niech sobie pogoogluje o Alexie Jonesie i co robili jego psycho-fani, innym prominentnym przykładem może być były prezydent USA Donald Trump).

No dobrze, ktoś powie, ale przecież „to śledztwo”...

Tak, „to śledztwo” i inne tego typu odkrycia które na pewno jeszcze nie raz ujrzą światło dzienne są ważne i pokazują rzeczy, których jeszcze nie znaliśmy. Ale jeśli ktoś przez ostatnie 3 lata nie chował głowy pod kołdrą i czytał/słuchał/oglądał nie tylko przekazy serwowane przez foliarzy, ale też chociażby zwykłe, „mainstreamowe” media, to doskonale widział, że wokół pandemii działo się mnóstwo różnego rodzaju nieprawidłowości i przekrętów. I nie czyniło to z niego żadnego szura.

Takie śledztwa są potrzebne chociażby tylko po to, żebyśmy wiedzieli. Bo osobiście jestem pesymistą, że uda się kogokolwiek na wysokich szczeblach pociągnąć do odpowiedzialności za jakiekolwiek przekręty, czy chociażby wyciągnąć jakieś nauki na przyszłość.

Ale mówienie, że to szury akurat miały racje to niesprawiedliwa i niebezpieczna bzdura...

czwartek, 5 maja 2022

Znów o papieżu Franciszku

I znów pisze o papieżu Franciszku. Kiedyś już o nim pisałem z okazji jego podłej wypowiedzi, obarczającej winą za bycie zamordowanym ofiary ataku terrorystycznego. (Patrz tutaj, tutaj i tutaj)

W trakcie trwania wojny na Ukrainie papież dwa razy już w tym samym tonie wypowiedział się o tym, co się tam dzieje: raz, że wszyscy jesteśmy winni (nie Putin ani rosyjscy żołnierze, którzy w brutalny sposób napadli na sąsiednie państwo i posuwali się do straszliwych zbrodni wojennych, tylko my wszyscy - uważacie?) a drugi raz, że Rosja zaatakowała Ukrainę, ponieważ sprowokowało ją NATO (tak jak zamordowani satyrycy prowokowali terrorystów, albo dzieci prowokowały księży-pedofilów czy gwałcone kobiety - gwałcicieli).

Każdego, kto zna mentalność Kościoła, jego upadek moralny, obłudę i odrazę ta wypowiedź głowy Kościoła nie powinna dziwić. Kościół zawsze trzymał z wielkimi mocarstwami. Tam, gdzie się dało próbował grać na dwa fronty. Fakt, że istnieli księża wyłamujący się z tego schematu nic nie zmienia - mówimy o postępowaniu całej instytucji, nie o jakichś jednostkowych wyjątkach (które Kościół bardzo chętnie, w sposób cyniczny wykorzystuje do odmalowywania siebie w jak najlepszych barwach).

Świetny artykuł na ten temat napisał prof. Hartman. Chociaż w jednym się z nim nie zgodzę - uważam właśnie, że o tym, co powiedział papież powinno się mówić jak najgłośniej i jak najdłużej. Dlaczego? Powód jest prosty. Do ludzi musi to w końcu dotrzeć. Żeby nie było tak, jak z pedofilią - gdy ludzie się o tym dowiedzieli, oburzali się, krytykowali Kościół i biskupów i... nie zmienili absolutnie swojego dotychczasowego postępowania. Dalej chodzą do kościoła, dają na tacę, posyłają swoje dzieci na lekcje religii i do sakramentów.

Wypowiedzi papieża to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Jeszcze gorsze są wypowiedzi i postępowanie hierarchów oraz wielu księży niższego szczebla. Trzeba mówić o odrażających poczynaniach Kościoła tak długo, aż w końcu większość przejrzy na oczy i zobaczy, czym naprawdę jest ta instytucja.

poniedziałek, 18 października 2021

Minister Czarnek a wiedza historyczna

Jak można przeczytać na Onecie:

Minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek zapowiedział, że do polskich szkół zostanie wprowadzony nowy przedmiot - historia i teraźniejszość. Według szefa MEiN taka decyzja związana jest z brakami w wiedzy historycznej wśród obecnych 20-latków.

Ah, gdybyż tylko istniał jakiś przedmiot, który mógłby uczyć wiedzy historycznej...

piątek, 17 września 2021

Rozdawanie broni

Jakiś czas temu na Wirtualnej Polsce można było przeczytać news o następującej treści:

Mężczyzna zwrócił grupce młodzieży uwagę, by nie śmiecili. W odpowiedzi jeden z nastolatków wyciągnął wiatrówkę i postrzelił 30-latka.

Argumentów za posiadaniem broni przez zwykłych obywateli jest wiele. Póki co żadne mnie nie przekonały - a niektóre wręcz przeciwnie, utwierdzają mnie w przekonaniu, że (nie tylko) Polacy nie powinni mieć powszechnego dostępu do broni.

Główna myśl przewodnia takich argumentów jest taka, żeby zwykły obywatel mógł się sam obronić. Przed kim?

Przed przestępcami na przykład, bo oni mają już broń a zwykli ludzie nie. Tylko że gdy broń mogą posiadać nieliczni, jeśli posiadasz broń, to od razu jesteś na celowniku policji - i jeśli jesteś przestępcą, to masz wtedy mały problem. Przy powszechnym posiadaniu broni to zwykły obywatel ma problem, bo policja musi zakładać, że może tą broń mieć przy sobie i może chcieć ją użyć - i odpowiednio do tego reagować. Nie mówiąc już o tym, że przestępca z bronią i tak będzie miał przewagę w starciu ze zwykłym obywatelem z bronią.

A może przed rządem? I podobnie - w przypadku napaści przez obce mocarstwo: naprawdę ktoś wierzy, że jakakolwiek grupa zwykłych obywateli, nawet jeśli dobrze przeszkolonych (a to jest raczej sytuacja wątpliwa) będzie w stanie przeciwstawić się dysponującym o wiele lepszym sprzętem, umiejętnościami i liczebnością oddziałom rządowym/obcym wojskom?

No to przed kim? Czasem można usłyszeć taki argument, opowiadany w formie anegdoty, że ktoś posiadający broń ochroni innych ludzi przed szaleńcem z bronią. Ten ktoś to z reguły osoba znająca się na broni, posiadająca odpowiednie przeszkolenie i tp.

Raz, że w takim przypadku jest to właśnie argument przeciwko powszechnemu dostępowi dla każdego: specjalista powstrzymał zwykłą osobę z bronią. Dwa, że to wpada w kategorię przeciwdziałaniu problemom, które się najpierw utworzyło.

Słyszałem też o statystykach, które rzekomo miały pokazywać, jakoby w krajach z powszechnym dostępem do broni mniej ludzi ginie od broni (sic!). Przyznaję się jednak do winy: nie sprawdzałem nawet tego - z jakiegoś powodu nie za bardzo chce mi się wierzyć, że w Polsce ginie od broni w przeliczeniu więcej ludzi niż w USA, na przykład.

Oczywiście, że są sytuacje, kiedy takie posiadanie broni przez zwykłego obywatela jest uzasadnione, a nawet wskazane. Ale to są wyjątki, pojedyncze przypadki, a ja mówię tutaj o powszechnym dostępie dla każdego. Mam nadzieję że to jasne.


Wracając jednak do przedstawionego na początku wydarzenia: o podobnych sytuacjach (bez użycia broni) słyszy się co jakiś czas. Po przeczytaniu o tym postrzeleniu w parudniowych odstępach usłyszałem m.in. o uczniu, który zaatakował nauczycielckę czy nawet o uczennicy, która postrzeliła nauczyciela z kuszy!

Tymczasem jak można się było dowiedzieć z mediów, PiS razem z Konfederacją szykują wspólny projekt, wg. którego każdy obywatel będzie taki dostęp mógł uzyskać, a zezwolenia będą wydawane jak prawo jazdy - przez starostę, zamiast przez policję. Domyślam się, że stosowane będą odpowiednie testy/egzaminy a osoby z zezwoleniem będą figurować w jakichś rejestrach, tak jak osoby z prawem jazdy (taką mam przynajmniej nadzieję).

Niestety każdy, kto musi poruszać się po drogach widzi, że sam fakt, iż ktoś zdał egzamin na prawko nie oznacza automatycznie, że potrafi jeździć. Z resztą, co tu dużo mówić - istnieje w Polsce pewna grupa społeczna, która ma dostęp do broni i odpowiednie zezwolenia, jest z nią bardzo dobrze obeznana (nie są to ludzie „z ulicy”), a jednak co jakiś czas można usłyszeć newsa z udziałem któregoś jej przedstawiciela, gdzie taki delikwent postrzeliwuje przypadkową osobę. Mowa oczywiście o myśliwych, którym wszystko myli się z dzikami, tudzież z jeleniami.

Jeśli ten projekt wejdzie w życie, myślę, że tego typu sytuacje staną się codzienną zmorą Polaków: będziemy mieli eskalację brutalności policji, sąsiedzi strzelający do sąsiadów pod byle pretekstem (chcecie się założyć, że nie?), strzelaniny w szkołach itp. Jednym słowem drugie juesej.

A niestety całkiem możliwe, że to prawo wejdzie w życie - i jak to pokazuje doświadczenie, będzie to bubel prawny bardziej dziurawy niż ser szwajcarski po egzekucji przez rozstrzelanie.

sobota, 28 sierpnia 2021

Głupota, cz. 3

Przy każdym kryzysie powodującym, że ludzie masowo uciekają z krajów, gdzie ich życie jest zagrożone pojawia się mniej więcej taki sam zestaw prześmiewczych komentarzy. Podobnie jest i teraz.

Dla przypomnienia (i jasności) może najpierw powiedzmy, kim są uchodźcy (żeby bez sensu się nie wysilać, cytat z Wikipedii):

Uchodźca to osoba, która musiała opuścić teren, na którym mieszkała ze względu na różnego typu prześladowania.

Podobnie imigranci:

Imigrant to osoba przyjeżdżająca z zagranicy na pobyt czasowy lub w celu zamieszkania na stałe.

Proste i jasne, żadnych kontrowersji. A jednak istnieje (nie tylko w naszym społeczeństwie) grupa idiotów, którzy uważają, że uchodźcy muszą być koniecznie skrajnie biedni, nie posiadać absolutnie nic oprócz łachmanów na sobie, a poruszać się muszą koniecznie na piechotę, ew. wpław - bo inaczej to pewnie jakiś naciągacz, który nie zasługuje na żadne współczucie.

Posiadanie smartfonów? Zegarka na ręku? Odkarmionego kota? Toż to czysta burżuazja! A jeszcze że potrafi taki się przemieszczać przy pomocy autobusu, pociągu czy innego środka transportu to już wogóle kto to widział!

Takie właśnie memy czy komentarze w ten sposób kwitujące uchodźców pojawiają się w necie i rozpowszechniane/lajkowane są przez wielu ludzi, którym nawet nie chce się zastanowić nad tym, co wspólnego ma przykładowo posiadanie smartfona z faktem, że ucieka się z rejonu zagrożenia życia.

Z resztą każdy z nas, musząc uciekać, zabrałby ze sobą właśnie przede wszystkim telefon/smartfon (oprócz innych ważnych rzeczy). Nie dlatego że to jakaś oznaka bogactwa, tylko dlatego że w dzisiejszych czasach jest to rzecz po prostu niezbędna.

czwartek, 19 sierpnia 2021

Głupota, cz. 2

Na początku lipca zebrałem sobie parę względnie nowych bzdur, które krążyły w sieci, jednak pisanie nie szło mi najlepiej, materiał się rozrósł, a że wyznaję zasadę „nie czyń drugiemu co tobie nie miłe” postanowiłem go jakoś skrócić lub rozdzielić . Nie za bardzo mi to jednak szło, a w międzyczasie minął lipiec i po prostu zarzuciłem ten artykuł. Myślę jednak, że od czasu do czasu postanowię o takiej czy innej głupocie z tamtej listy coś napisać.

Dzisiaj będzie o czwartej fali.

Od pewnego czasu można było usłyszeć, że jesienią nadejdzie czwarta fala epidemii (lub coś w tym stylu). Wielu ludzi się z tego naśmiewało: „Ha ha, wy w to wierzycie?”, „Ciekawe, skąd oni to wiedzą” i inne tego typu mądro-głupie wypowiedzi.

Tymczasem kwestia jest tak prosta, że naprawdę nie wiem, jaki problem niegłupi skądinąd ludzie mogą mieć z tym stwierdzeniem.

W naszym społeczeństwie od ponad roku obecny jest bardzo zaraźliwy wirus. Chyba nikt nie zapomniał o tym, że było dużo zakażeń i dużo śmierci z powodu COVIDA - no chyba że ktoś uważa, wzorem pewnej celebrytki, że to byli statyści i nikt nie umarł. Albo że śmiertelność tego wirusa jest nie większa niż w przypadku grypy.

W takiej sytuacji stwierdzenie, że będą istniały okresy większej i mniejszej liczby zachorowań jest - a właściwie powinno być - czymś oczywistym! Wiemy to, bo od wieków towarzyszy nam inna zakaźna choroba, która wykazuje takie właśnie zachowanie: „zwykła” grypa! Ale nie - „haha, ciekawe skąd oni to wiedzą”...

A czemu akurat jesienią? Czy przyjdzie jesienią, czy na zimę dopiero (a mówiono też o sierpniu), tego nigdy dokładnie nie wiadomo. Ale można próbować przewidywać, że z takich i innych powodów stanie się to właśnie wtedy: powrót dzieci do szkół, zimniejsze dni które skłonią ludzi do częstszego przebywania w popieszczeniach z innymi ludźmi, ogólny spadek odporności który jeśli dobrze rozumiem często dotyka ludzi w zimniejszych miesiącach, może jeszcze coś innego.

Inna sprawa, jak bardzo gwałtowna będzie to fala. Wszystko wskazuje na to - i o tym też mówiono - że nie będzie to już takie straszne jak w zeszłym roku. Sporo ludzi już to przechorowało i całkiem sporo (choć zdecydowanie za mało) już się zaszczepiło. Zachorowań i śmierci można się spodziewać zdecydowanie mniej. Ale o tej części przekazu jakoś nikt nie mówi - nie pasuje to do prześmiewczej narracji „straszącego bzdurami rządu” czy co tam jeszcze ma kto na „myśli”.

Oczywiście sprawę komplikuje pojawienie się nowych wariantów wirusa (I tu kolejna głupota - no bo przecież jak to? Wirusy mutują? I co jeszcze?). Szczepionki które dostaliśmy nie chronią przed nimi tak dobrze, jak przed poprzednimi szczepami, ale jednak coś tam dają.

niedziela, 15 sierpnia 2021

Głupota, cz. 1

Nie mam ostatnio (tj. od kilku lat ) zbytnio czasu, a nawet jak mam, to nie mam zbytnio chęci,żeby pisać coś konstruktywnego. Z reguły starcza mi jednego i drugiego tylko do tego, żeby po robocie (zarówno w pracy jak i w domu) po prostu trochę się odstresować, czy to czytając (książki, blogi) czy oglądając (filmiki, memy), czy czasem grając.

Czasem widzę przy takich okazjach pokaz tak drastycznej głupoty, że aż mnie skręca - bo nie rozumiem, jak można wypowiadać aż tak idiotyczne zdania, samemu nie widząc ich głupoty i/lub licząc na to, że odbiorca też tego nie zobaczy (co niestety się zdarza baardzo często). I żeby było jasne: nie mówię o faktach czy nawet o opiniach (chociaż szczerze mówiąc w skrajnych przypadkach to też mam na myśli). Mówię o samym procesie myślenia.

Przykładowo niedawno widziałem mema o takiej treści:

Ostatnio słyszałem jak pewna feministka powiedziała, że chciałaby po ślubie zachować swoje nazwisko. A ja sobie myślę: jakie ku*wa jej nazwisko?

Twoje nazwisko to nazwisko faceta, który wziął ślub z twoją matką. A nazwisko panieńskie twojej matki to nazwisko faceta, który wziął ślub z twoją babką.

Wy nigdy nie miałyście SWOJEGO nazwiska. NIGDY.

O współczesnych ruchach feministycznych można powiedzieć wiele złego. To jednak nie znaczy, że anty-feminiści są od nich lepsi. Widać to świetnie na przykładzie tego, jak jestem pewien, faceta. W jego wypowiedzi widać wszystko, co najgorsze w męskich szowinistach: arogancję, przedmiotowe traktowanie kobiet (w zasadzie jako własność mężczyzn), nienawiść do tychże. Ale przede wszystkim niezwykłą wręcz głupotę. Popatrzmy:

Skoro nazwisko, która kobieta dostaje po swoim ojcu do niej nie „należy” (bo „należy” do jej ojca), to dokładnie ta sama zasada stosuje się do synów, prawda? (A przynajmniej normalny człowiek mógłby tak pomyśleć. Dla męskiego szowinisty kobieta jest właściwie przedmiotem i nie stosują się do niej te same reguły, jak do - khem, khem - ludzi).

No dobra, ale idźmy dalej. Skoro ani córki, ani synowe nie posiadają własnego nazwiska, bo „tylko” urodzili się w danej rodzinie to kto je posiada? Ojciec? Ale on też jest czyimś synem i swoje nazwisko dostał po kimś. Idąc tym tokiem rozumowania właściwie nikt, nie licząc jakichś dawnych protoplastów, nie posiada własnego nazwiska.

Zawsze miałem pewną trudność w ocenianiu, co może być trudne lub łatwe dla innych, przyznaję. Osobiście sądzę że w tym przypadku naprawdę nie trzeba specjalnie wysilać swojej mózgownicy, żeby dostrzec głupotę wyzierającą z takiego zdania: wystarczy porównać córkę i syna! Ale dużo ludzi łyka i powtarza potem takie brednie.

Jak długo nie nauczymy się myśleć, będziemy jako społeczeństwo ponosić konsekwencje głupoty i związanych z nią innych przywar.

niedziela, 23 maja 2021

Covid-19 a teorie spiskowe

Czym jest teoria spiskowa? Mówiąc krótko, to próba wyjaśnienia pewnych wydarzeń odwołująca się do spisku pewnej grupy osób.

To jednak trochę za bardzo uproszczony opis - istniały bowiem w historii rzeczywiste spiski/układy wpływowych ludzi. Termin „teoria spiskowa” stosuje się raczej do fałszywych, bardzo często tak bardzo oderwanych od rzeczywistości że aż bajkowych „teorii”. Jedną z cech takich „teorii” jest z reguły uwikłanie w spisek nierzeczywistej wręcz liczby ludzi (np. niemalże wszystkich naukowców na świecie, których wg. różnych źródeł jest kilka milionów).

Wokół obecnej pandemii również rozwinęło kilka takich teorii. Począwszy od całkiem sensownych(*) aż po totalnie bezmyślnych. Przykładem tych pierwszych jest twierdzenie, że wirus Sars-Cov-2 powstał w laboratorium w Wuhan i stamtąd wymknął się badaczom. To oczywiście jest możliwe, niestety ta teoria ignoruje fakt, że istnieją o wiele bardziej prawdopodobne i mające oparcie w faktach wyjaśnienia. Dodatkowo zakłada, że wszyscy naukowcy, którzy mogli brać w tym udział kłamią, co jest typowe właśnie dla teorii spiskowych.

(*) - Fakt, że są one sensowne nie sprawia automatycznie, że są one prawdziwe. W nauce, która jest dziedziną działalności ludzkiej dążącej do odkrywania rzeczywistości, wszystkie wyjaśnienia, oprócz tego że muszą być sensowne (tj. niesprzeczne), muszą również mieć pokrycie w faktach.

Przykładem tych drugich są twierdzenia (zwykle bardzo niezborne), że nie ma żadnego wirusa, nikt go nigdy nie wyizolował, że to zwykły katar, że nie jest groźniejszy niż grypa lub że ludzie „umierający” w szpitalach to statyści. Zakłada się milcząco (bo nikt tego na głos nie powie, przeczuwając raczej niż rozumiejąc, że będzie to brzmiało śmiesznie i idiotycznie), że zamieszani są w to niemalże wszyscy naukowcy, lekarze i politycy na całym świecie, wyznający różne religie, należący do różnych opcji politycznych czy wręcz reżimów itd.

Dlaczego jednak o tym wspominam?

Od pewnego czasu słyszę różne wypowiedzi w stylu, że owszem, Covid jak najbardziej istnieje itp. ale że rządy (w szczególności nasz rząd) strasznie kręcą jeśli chodzi o dostęp do informacji czy działania podejmowane w celu zwalczana pandemii, plus dodatkowo zbija się na tym niezłą kasę. Jedna osoba nazwała te obserwacje wprost „teorią spiskową”, ale uznała że i tak woli w to wierzyć. Dlatego chciałem o tym pokrótce napisać i wyjaśnić to małe nieporozumienie.

Teoria spiskowa mówi, że istnieją pewne rzeczy o których ogół nic nie wie (dzięki wszechobecnym spiskom właśnie).

Natomiast to wszystko, co obserwujemy na codzień, czyli: nieudolność rządów, ich chaotyczne i nieskuteczne działania, nawet kombinowanie przy statystykach z jednej strony, a z drugiej strony bogacenie się różnych osób czy całych korporacji na zaistniałej sytuacji - to wszystko jest jawne. Wszyscy o tym wiedzą i piszą, niezależnie od wyznawanych poglądów w tej dziedzinie - czytamy o tym codziennie. Nie ma żadnego spisku który miałby to ukrywać. Wiedza o tym nie jest żadną wiarą w teorię spiskową.

Ta pomyłka bierze się być może z przekonania, że teoria spiskowa mówi o jakichś strasznych rzeczach, które ludzkości wyrządza po kryjomu jakaś „grupa trzymająca władzę” a świat jako taki jest przecież w miarę uporządkowany i normalny. Obecna sytuacja jest natomiast nienormalna, przykra, chaotyczna. Niestety świat nie jest miły dla nas, nawet tak „w miarę”. Są okresy i obszary lepsze, ale są też i gorsze. Tego typu rzeczy zdarzały się i będą się zdarzać i nie trzeba do tego żadnych „wrogich układów”.

niedziela, 11 października 2020

Maseczki cię (nie)zagazują

Gdy zaczęła się epidemia, wiele osób zaczęło się na ten temat wypowiadać (jak można się spodziewać wielu z nich mówiło totalne głupstwa), a co mądrzejsi zalecali wstrzymanie się z wypowiedziami do czasu, gdy naprawdę będziemy więcej wiedzieć. Dodatkowym powodem był też właśnie fakt, że wszyscy o tym pisali - więc po co jeszcze jeden dodatkowy głos, który jeśli byłby mądry to i tak utonąłby w powodzi głupoty.

Więc ja też się wstrzymałem, chociaż miałem parę uwag na ten temat, głównie pod adresem rządu i prowadzonych przez niego działań.

Trochę czasu już minęło, wiemy trochę więcej i chociaż cały czas jest w tym temacie pełno różnego rodzaju wypowiedzi, to głupoty jakby coraz więcej i niestety coraz więcej ludzi daje jej wiarę. Dlatego też zdecydowałem się skrobnąć parę słów na ten temat.


Ostatnio w pracy ktoś podesłał filmik, na którym jakiś gościu pozujący na lekarza, na tle baneru pewnej firmy wyglądającą jakby była firmą medyczną, opowiada jakieś brednie o tym, że noszenie maseczek powoduje wdychanie spowrotem wydychanego dwutlenku węgla i zatrucie nim organizmu. Ja żadnego linka do tego filmu tu nie wrzucę, żeby nie nabijać wyświetleń, ale jeśli ktoś koniecznie chce, to niech sobie w YouTube(nie mogę tego już znaleźć) na Facebooku wyszuka frazę „Tomek Hawryluk maseczki”(nie mogę powiedzieć, że coś znajdziecie - nie mam Facebooka).

Nie mogłem znaleźć żadnych konkretnych informacji o tym panu, znalazłem za to informację o firmie w której, jak mogę się domyślać, pracuje. To firma kosmetyczna, zajmująca się różnymi terapiami, w tym „odmładzającymi” skórę. I chociaż większość z terapii przez nich stosowana pewnie raczej działa (są to, jak mi się wydaje, chyba standardowe zabiegi), to w opisie na ich stronie można znaleźć trochę pseudomedycznego bełkotu. Niezbyt zachęcające, jeśli chodzi o wiarygodność tego pana.

Ale wróćmy do niego samego.

Być może jest on rzeczywiście lekarzem. Nie świadczy to wtedy o nim dobrze, skoro rozpowszechnia pseudonaukowe bzdury, mogące powodować w ostatecznym rezultacie nawet ludzką śmierć. A jeśli nie jest, to czemu na takiego pozuje, używając nawet zwrotów „-my”, „jak to chirurdzy”? Znowu, obydwie opcje nie są zbyt zachęcające w kwestii jego wiarygodności.

A co z głoszonymi przez niego tezami? Że wydychany dwutlenek węgla, przez noszenie maseczki, trafia spowrotem do nas przy wdechu? Są to oczywiste, ewidentne brednie. Dlaczego? No chyba nie dlatego tylko, że ja tak powiedziałem, prawda? Ale ludzie wierzą w to co mówił ten pan właśnie tylko dlatego, że on tak powiedział.

Są to brednie ewidentne, bo jest to coś, co można bardzo łatwo sprawdzić samemu, bez potrzeby uciekania się do kosztownych, specjalistycznych, zakrojonych na szeroką skalę badań. Proponuję się o tym przekonać każdemu za pomocą bardzo prostego eksperymentu:

  1. proszę wziąć woreczek śniadaniowy
  2. przy spokojnym, lekkim wydechu proszę go napełnić
  3. proszę spróbować włożyć go pod maseczkę

Ciężko, prawda? Więc pytanie, gdzie się podziewa to powietrze, które wydychamy? Nie zostaje za maseczką, abyśmy mogli je wessać spowrotem, bo maseczka znajduje się blisko twarzy.

To powietrze wydostaje się poza maseczkę, gdzie ulega zmieszaniu z resztą atmosfery - i kolejna porcja powietrza, które wdychamy jest praktycznie taka sama jak ta, którą byśmy oddychali bez założonej maseczki. No chyba że ktoś wierzy, że maseczka w jakiś magiczny sposób to powietrze utrzymuje przy sobie, albo wchłania CO2 niczym gąbka, aby go nam oddać przy wdechu.

Nie są to jego oryginalne myśli. Podobne brednie są rozpowszechniane przez wszystkich antymaseczkowców i koronadenialistów. Niżej linkuję do filmiku, który obala tego rodzaju mity, pokazując przy tym jak można manipulować faktami nawet używając autentycznego, pokazujące obiektywne wyniki urządzenia (uwaga - po angielsku).

Wisienką i malinką na torcie są wypowiedzi tego pana na temat samej epidemii: według niego wirus jest nieistniejący. Noszenie maseczek zaś przyrównuje do gazowania więźniów w obozach koncentracyjnych. Czy ktoś jeszcze potrzebuje jakiegokolwiek dowodu na wiarygodność owego pana?

Na koniec jeszcze jedna rzecz. Można względnie tanio kupić sobie taki domowy pulsoksymetr i samemu, bez konieczności opierania się na czyimkolwiek słowie, sprawdzić czy rzeczywiście w trakcie noszenia maseczki spada nasycenie tlenu we krwi (co też wiele ludzi zrobiło, włącznie ze mną). Eksperyment z woreczkiem jednak powinien wystarczyć każdemu myślącemu człowiekowi, dlatego tak bardzo boli mnie, że brednie tego pana i innych mu podobnych łykają bez popijania skądinąd nawet inteligentni ludzie, wcale nie zastanawiając się nad jego słowami.

Obiecany link do filmiku:

https://www.youtube.com/watch?v=drN1VyLkEIY

poniedziałek, 23 września 2019

Bezpieczeństwo nade wszystko?

Właściwie to nie chciałem o tym pisać, chociaż ta kwestia irytuje mnie już od bardzo dawna. Chodzi o bezpieczeństwo w internecie - bezpieczeństwo naszych danych czy pieniędzy. Jednak po ostatnich zmianach dotyczących m.in. sposobu logowania się na stronę banku (i podobnych zmianach wprowadzonych wcześniej w przykładowo serwisach google) i po paru historiach, które słyszałem postanowiłem jednak w tym temacie trochę ponarzekać.

W czym problem? Zacznijmy może od banków. Banki bardzo lubią pokazywać, że dbają o bezpieczeństwo klientów - wiadomo, jakby nie dbały, to nikt by nie chciał korzystać z ich usług. Więc co jakiś czas wysyłają wiadomości (czy to mailami czy na stronie internetowej, czy może jeszcze jakoś inaczej) ostrzegające przykładowo przed phishingiem.

Jeśli ktoś jeszcze nie wie, taki phishing polega często na podsyłaniu fałszywego adresu służącego do logowania się do danego serwisu - wpisujemy dane do logowania w podstawionych polach, które to dane przechwytuje złodziej a dla niepoznaki loguje nas już do prawidłowej strony (a później loguje się sam i sprawia nam brzydką niespodziankę).

W moim banku (i nie tylko) istnieje taki sobie serwis transakcyjny, który służy do łatwego i szybkiego robienia przelewów za np. zrobione zakupy. Problem z tym serwisem jest taki, że... adres tego serwisu różni się od typowego adresu służącego do logowania na stronę mojego banku. Dodatkowo logowanie wymagane jest zawsze - nawet jeśli w tym samym czasie jesteś już zalogowany do banku!

Przez długi czas nie korzystałem z tego udogodnienia, bo najzwyczajniej w świecie się bałem. W końcu przekonałem się - ale tylko dlatego, że robienie zwykłych przelewów było bardziej uciążliwe, a ja korzystałem i tak tylko z zaufanych stron. Ale znam osoby (mające konta w innych bankach), które ciągle z tej formy płacenia nie korzystają z obawy przed phishingiem.

Płatności kartą zbliżeniowo. Jeszcze niedawno czytałem, że są tak bezpieczne (i tak mało kradzieży dokonywanych jest w ten sposób), że banki zastanawiają nad podniesieniem limitu z 50zł na 100zł (co byłoby znaczącym udogodnieniem - 50zł już teraz mało co jest warte, a dzięki polityce Partii będzie jeszcze gorzej). Dodatkowo, słyszałem także, że im więcej konieczności logowania się/wbijania kodów, tym więcej okazji do kradzieży tych kodów czy haseł (to tyczy się także poprzedniego problemu). Teraz dzięki unijnej dyrektywie PSD2 nawet robiąc płatności do 50zł od czasu do czasu będziemy zmuszeni podawać PIN - oczywiście żeby zwiększyć bezpieczeństwo!

Banki zmuszone są też teraz prosić o potwierdzenie logowania się za pomocą jednorazowych kodów wysyłanych SMSem. Nie powiem - taka podwójna weryfikacja w oczywisty sposób zwiększa bezpieczeństwo, szczególnie że dany komputer można sobie ustawić jako zaufany i nie mieć więcej zawracanej głowy tego typu „udogodnieniami” - problem w tym, że takie zabezpieczenia i tak bardzo łatwo obejść a ludzie, którzy nie są obeznani z technologią zbyt dobrze (starsi ludzie, których dodatkowo łatwiej oszukać lub nabrać, co doskonale wiedzą nie tylko różnego rodzaju ludzkie hieny, ale też same banki!) mogą mieć przez to autentyczne problemy (i tak - słyszałem o tym od kogoś, nie jest to hipotetyczna sytuacja).

O bankach na razie dosyć, teraz może o jednym z największych dostawców usług internetowych różnego rodzaju - Google.

Z wujaszkiem Google miałem jak do tej pory 3 bardzo nieciekawe incydenty dotyczące bezpieczeństwa.

Raz - nie mogłem wpisać starego hasła, nie wiedziałem że jest wciśnięty CapsLock. Więc ustawiłem nowe hasło i dopiero potem to zauważyłem. CapsLock wyłączyłem i chciałem znowu zmienić hasło (ciężko by mi było zapamiętać nowo wymyślone hasło z odwróconymi literkami) a dla wygody chciałem po prostu przywrócić stare hasło. I ktoś może powiedzieć, że tak nie powinno się robić - racja, ale nie jest to w tej chwili ważne. Co jest ważne, to dowiedziałem się, że Google przechowuje moje stare hasła! Wszystko to oczywiście dla mojego bezpieczeństwa, żebym sobie czasem nie ustawił jak ostani głupek starego hasła, bo to „be” i w ogóle. Oczywiście, gdyby z ich serwisów wyciekły hasła, to również spotkałoby to te stare - i w ten sposób Google sprezentowałoby ewentualnym złodziejom bardzo ładny prezencik. Po prostu świetnie

Drugi incydent dotyczył wylogowywania się. Nie wiem, czy ta sprawa jest aktualna - może już to zmieniono, ale mnie spotkało to wtedy autentycznie. Dużo się mówi właśnie odnośnie bezpieczeństwa w sieci, aby opuszczając jakiś obcy komputer upewnić się, że wylogowano się ze wszystkich serwisów.

No to teraz wyobraźcie sobie taką sytuację: siedzicie sobie w kawiarence internetowej, kończycie co tam robiliście bo zaraz autobus czy coś i chcecie się wylogować i... nie możecie bo serwer który służy do wylogowywania się przestał odpowiadać. Sic! Najwyraźniej przez jakiś czas przynajmniej aby wylogować się z serwisów Google trzeba było się połączyć ze specjalnym serwerem w internecie (zamiast zrobić to lokalnie). Zarombiście!

Zdarzyło mi się to raz tylko na szczęście i to w pracy gdzie akurat mam w miarę bezpieczny komputer, ale mogło być gorzej.

Trzeci incydent - dzwoniłem gdzieś akurat w kwestii technicznej i po prostu musiałem być na słuchawce. Ale aby coś sprawdzić chciałem się zalogować do Google - a ten akurat najwyraźniej niedawno również wprowadził wspomnianą wyżej podwójną weryfikację. Zalogować się nie mogłem (nie było to niezbędne, po prostu chciałem coś sprawdzić), ale przez jakiś czas dumny z siebie Google wysyłał mi powiadomienia, jak to nie odparł próby zalogowania się z nieznanego komputera!

To w sumie wszystko, teraz czas na małą konkluzję. Ktoś mógłby mi tutaj przedstawić argumenty, że te wszystkie rzeczy naprawdę zwiększają bezpieczeństwo itp. I nie zamierzam mu absolutnie zaprzeczać - z pewnością zwiększa się bezpieczeństwo od strony systemów komputerowych. Problem jednak w tym, o czym każdy spec od bezpieczeństwa powinien wiedzieć (ja czytam takich w każdym bądź razie, którzy o tym wiedzą), że jednym z najsłabszych ogniw każdego systemu bezpieczeństwa jest człowiek właśnie - a tę lukę bezpieczeństwa naprawdę trudno załatać

Wprowadzanie dodatkowych komplikacji może i wzmacnia część komputerową systemu bezpieczeństwa, ale dla ludzkiej jego strony jest to dodatkowe obciążenie które cały zysk bezpieczeństwa może nawet całkiem zanegować.

Cała ta kwestia jest częścią pewnego trendu w informatyce, który obserwuję już od dawna - mianowicie coraz mniej tak naprawdę dba się o użytkownika a coraz bardziej o programy (nie wiem jak to opisać inaczej). Interfejsy robią się coraz cięższe i szczerze mówiąc bardzo często coraz mniej przejrzyste, zachowanie programów coraz mniej przewidywalne (Sic! Ostatnio zacząłem zauważać nawet, że w niektórych programach wybranie tej samej opcji/akcji powoduje czasem zupełnie różne reakcje!!!), obecne systemy chodzą często wolniej niż to, co mieliśmy do dyspozycji 10, 20 lat temu. Irytuje mnie to niepomierni. Sam kiedyś byłem techno-entuzjastą (było to dosyć dawno, ale było) a widzę teraz, że technologia wcale nie staje się lepsza. Bardziej zaawansowana może tak, ale nie lepsza (może to i dobrze, bo w sumie coraz mniej korzystam z komputera czy smartfonu). Mimo to jednak czasem korzystać z tej technologii muszę a wtedy naprawdę zaczynam się wkurzać, tak wiele problemu ona sprawia

Uzupełnienie

Zapomniałem napisać o jeszcze jednej ważnej wg. mnie rzeczy - uaktualnieniach programów.

Ostatnimi czasy twórcy niemalże każdego programu co parę dni wypuszczają nowe uaktualnienia. Zachęca się do ich instalacji właśnie względami bezpieczeństwa głównie. Dla mnie osobiście cała ta aktywność pachnie z daleka bullshitem. Oto dlaczego:

Rozumowanie przebiega mniej więcej tak:
1. Użytkownik posiada jakąś wersję programu. Załóżmy że jest to stan początkowy v0, w którym nie wiemy nic o stanach poprzednich.
2. Twórca programu w trosce o bezpieczeństwo użytkownika wypuszcza uaktualnienie v1.
3. Użytkownik dbając o własne bezpieczeństwo instaluje uaktualnienie v1.
4. Użytkownik posiada bezpieczną wersję v1.
5. Za parę dni twórca w trosce o użytkownika wypuszcza kolejną wersję v2.
Wniosek: poprzednia wersja v1 nie była bezpieczna, co stanowi sprzeczność z punktem 4.

Chciałbym tutaj bardzo mocno położyć nacisk na to, że nie jest to żadne formalne myślenie ani ścisłe dowodzenie - jedynie ilustracja wątpliwości jakie nasuwają się w związku z tak częstymi uaktualnieniami, motywowanymi w dodatku bezpieczeństwem właśnie. Doskonale zdaję sobie sprawę z istnienia różnych kontrargumentów.

Przykładowo - może nie naprawiono wszystkich luk za pierwszym razem? Ale to jest tylko potwierdzeniem moich wątpliwości. Z resztą, miałem okazję pracować w firmie produkującej oprogramowanie. Nowa wersja wychodziła raz na pół roku może, a po wydaniu kolejnych wersji wypuszczane były co najwyżej jedna-dwie łatki właśnie z powodu tego, że nie wszystko zostało od razu zauważone. Ale nie kilkudziesięciomegowe aktualizacje co parę dni!

Wiem też, że oprogramowanie się rozwija i co jakiś czas wychodzą nowe technologie, często niedopracowanie (tak jak programy użytkowe), posiadające nowe luki, które nie od razu wykryto i twórcy programów muszą sobie z tym radzić. Ale nowe technologie też nie powstają co parę dni - tylko bardziej w cyklach rocznych, miesięcznych ewentualnie.

Dodatkowo tak częste wypuszczanie aktualizacji sprawia, że nowe wersje są w jakiś inny sposób niedopracowane i czasem nawet uniemożliwiają ich używanie - sam aktualnie zmagam się z taką wersją przeglądarki internetowej i czekam po prostu na nową wersję w nadziei, że ten problem zostanie w niej rozwiązany.

Podsumowując - dzięki takim praktykom każda nowa wersja którą otrzymujemy jest de facto z założenia niedopracowana i co za tym idzie niebezpieczna. Więc reklamowanie nowych aktualizacji względami bezpieczeństwa uważam za drwinę ze zdrowego rozsądku i z inteligencji użytkowników.