niedziela, 23 maja 2021

Covid-19 a teorie spiskowe

Czym jest teoria spiskowa? Mówiąc krótko, to próba wyjaśnienia pewnych wydarzeń odwołująca się do spisku pewnej grupy osób.

To jednak trochę za bardzo uproszczony opis - istniały bowiem w historii rzeczywiste spiski/układy wpływowych ludzi. Termin „teoria spiskowa” stosuje się raczej do fałszywych, bardzo często tak bardzo oderwanych od rzeczywistości że aż bajkowych „teorii”. Jedną z cech takich „teorii” jest z reguły uwikłanie w spisek nierzeczywistej wręcz liczby ludzi (np. niemalże wszystkich naukowców na świecie, których wg. różnych źródeł jest kilka milionów).

Wokół obecnej pandemii również rozwinęło kilka takich teorii. Począwszy od całkiem sensownych(*) aż po totalnie bezmyślnych. Przykładem tych pierwszych jest twierdzenie, że wirus Sars-Cov-2 powstał w laboratorium w Wuhan i stamtąd wymknął się badaczom. To oczywiście jest możliwe, niestety ta teoria ignoruje fakt, że istnieją o wiele bardziej prawdopodobne i mające oparcie w faktach wyjaśnienia. Dodatkowo zakłada, że wszyscy naukowcy, którzy mogli brać w tym udział kłamią, co jest typowe właśnie dla teorii spiskowych.

(*) - Fakt, że są one sensowne nie sprawia automatycznie, że są one prawdziwe. W nauce, która jest dziedziną działalności ludzkiej dążącej do odkrywania rzeczywistości, wszystkie wyjaśnienia, oprócz tego że muszą być sensowne (tj. niesprzeczne), muszą również mieć pokrycie w faktach.

Przykładem tych drugich są twierdzenia (zwykle bardzo niezborne), że nie ma żadnego wirusa, nikt go nigdy nie wyizolował, że to zwykły katar, że nie jest groźniejszy niż grypa lub że ludzie „umierający” w szpitalach to statyści. Zakłada się milcząco (bo nikt tego na głos nie powie, przeczuwając raczej niż rozumiejąc, że będzie to brzmiało śmiesznie i idiotycznie), że zamieszani są w to niemalże wszyscy naukowcy, lekarze i politycy na całym świecie, wyznający różne religie, należący do różnych opcji politycznych czy wręcz reżimów itd.

Dlaczego jednak o tym wspominam?

Od pewnego czasu słyszę różne wypowiedzi w stylu, że owszem, Covid jak najbardziej istnieje itp. ale że rządy (w szczególności nasz rząd) strasznie kręcą jeśli chodzi o dostęp do informacji czy działania podejmowane w celu zwalczana pandemii, plus dodatkowo zbija się na tym niezłą kasę. Jedna osoba nazwała te obserwacje wprost „teorią spiskową”, ale uznała że i tak woli w to wierzyć. Dlatego chciałem o tym pokrótce napisać i wyjaśnić to małe nieporozumienie.

Teoria spiskowa mówi, że istnieją pewne rzeczy o których ogół nic nie wie (dzięki wszechobecnym spiskom właśnie).

Natomiast to wszystko, co obserwujemy na codzień, czyli: nieudolność rządów, ich chaotyczne i nieskuteczne działania, nawet kombinowanie przy statystykach z jednej strony, a z drugiej strony bogacenie się różnych osób czy całych korporacji na zaistniałej sytuacji - to wszystko jest jawne. Wszyscy o tym wiedzą i piszą, niezależnie od wyznawanych poglądów w tej dziedzinie - czytamy o tym codziennie. Nie ma żadnego spisku który miałby to ukrywać. Wiedza o tym nie jest żadną wiarą w teorię spiskową.

Ta pomyłka bierze się być może z przekonania, że teoria spiskowa mówi o jakichś strasznych rzeczach, które ludzkości wyrządza po kryjomu jakaś „grupa trzymająca władzę” a świat jako taki jest przecież w miarę uporządkowany i normalny. Obecna sytuacja jest natomiast nienormalna, przykra, chaotyczna. Niestety świat nie jest miły dla nas, nawet tak „w miarę”. Są okresy i obszary lepsze, ale są też i gorsze. Tego typu rzeczy zdarzały się i będą się zdarzać i nie trzeba do tego żadnych „wrogich układów”.

środa, 21 kwietnia 2021

Derek Chauvin uznany za winnego śmierci George'a Floyda

Dzisiaj przeczytałem, jak w tytule, że „Derek Chauvin został uznany za winnego śmierci George'a Floyda”. Myślę, że mógłbym z tej okazji coś niecoś napisać.

Przez rok od śmierci Georga Floyda widziałem w necie wiele różnych obrzydliwych komentarzy, głupich argumentów itp.

Zwracano uwagę, że George Floyd był przestępcą, aktorem porno, mówiono o zamieszkach, jakie wtedy wybuchły oraz zwracano uwagę że z okazji jego śmierci protestowano w całych Stanach Zjednoczonych, a w innych, podobnych sytuacjach nie (a dlaczego nie? dlaczego ci ludzie, którzy tak się żalili na tą sytuację nie wyszli na ulicę, gdy wyszła na jaw sprawa Tomasza Komendy?). Wyśmiewano się z jego rodziny, że dostała bardzo wysokie odszkodowanie i ogólnie wylewano wiadro pomyj na wszystko, co było z tym wszystkim związane.

Nie chcę się tu do tego wszystkiego odnosić, bo jak wspomniałem takich przypadków było więcej i nikt wtedy jakoś nie protestował, było w tym wszystkim dużo niesprawiedliwości po obu stronach, do tego w całą sprawę zamieszana była ideologia/polityka. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na jedną rzecz, która chyba wszystkim krytykantom umknęła (albo może celowo starają się o niej zapomnieć).


25 Maja 2020 roku pewien policjant dokonał publicznej, samowolnej egzekucji człowieka. W biały dzień, przy świadkach, pomimo ich protestu i przy wsparciu kolegów. To nie była obrona własna, próba zatrzymania czy nawet wypadek. To było celowe działanie. Zrobił to bo mógł i chciał.


Takich spraw, jak wspomniałem, było więcej. W każdej takiej sprawie reakcja powinna być dokładnie taka sama: to było morderstwo. I koniec tematu, naprawdę - tu nie ma żadnej głębokiej filozofii.

Dlaczego w tej sprawie było inaczej niż w innych? Tego nie wiem. Może to była po prostu kropla, która przelała czarę goryczy? Wielu wskazuje, że sprawa mogła dziać się na tle rasowym (stąd te zamieszki i protesty). Inni temu zaprzeczają. Jednak sednem całej tej sprawy jest to, co napisałem powyżej: policjant zabił w biały dzień zatrzymanego człowieka. Ot tak sobie.

Jest to dla nas, polaków, sprawa ważna o tyle, że dzisiaj, za rządów *** widzimy duży wzrost agresji wśród naszych policjantów. To nie jest dobrze. Policja jest bardzo potrzebna (niestety, biorąc pod uwagę ludzką naturę). Powinna więc jak najlepiej spełniać swoje zadanie - chronienia zwykłych obywateli. Jednak za każdym razem, gdy do władzy dojdą ludzie nienawidzący naszego narodu, daje się ona wykorzystywać do gnębienia zwykłych obywateli. I nie wiem, czy to się kiedykolwiek zmieni.

piątek, 1 stycznia 2021

Czas dziesiętny

Zaczęliśmy liczyć nowy rok, postanowiłem więc napisać o pewnym sposobie liczenia czasu, o którym niedawno się dowiedziałem.

Żeby być szczerym: słyszałem już o tym wcześniej. Ale nie zwróciłem wtedy jakoś na to uwagi i ta kwestia została pochowana w odmętach mojej niepamięci. Artykuł który niedawno znalazłem mi o tym przypomniał i co ważniejsze wzbudził moje zainteresowanie tą sprawą.

Czas liczymy opierając się na następującej zasadzie: tzw. dobę słoneczną dzielimy na 24 godziny, które z kolei dzielimy na 60 minut, a te znowuż na 60 sekund. Jest to stara tradycja, wywodząca się z pewnymi modyfikacjami(*) aż z cywilizacji Sumeryjskiej i Babilońskiej, i jako taka licząca sobie już ponad 5000 lat!

(*) - W Rzymskim Imperium przykładowo dzielono dzień i noc osobno na 12 godzin, co skutkowało godzinami o zmiennej długości.

Mniej więcej w tym samym czasie, gdy tworzono system metryczny, zaproponowano we Francji podział doby na sposób dziesiętny - czyli o wiele wygodniejszy. Po szczegóły odsyłam do zalinkowanych niżej artykułów, tu wystarczy powiedzieć tylko, że tradycyjny podział czasu był zbyt mocno zakorzeniony w kulturze i dziesiętny podział nie przyjął się. A szkoda - ponieważ o ile bardziej jest on wygodny!

W takim podziale doba ma 10 godzin. Nie muszę raczej wykazywać, że są one znacząco dłuższe od tradycyjnych godzin. Każda taka godzina dzieli się na 100 minut, a te z kolei na 100 sekund. W sumie mamy w dobie 100'000 sekund dziesiętnych w odróżnieniu od 84'600 tradycyjnych sekund. Te wartości zostały tak dobrane, aby nie odbiegać rzędem wielkości od tradycyjnego podziału (bo do takiego byliśmy przez długi czas przyzwyczajeni - a jednostki miary oprócz innych zalet muszą być też wygodne do codziennego stosowania).

Małe porównanie takich jednostek (dolny indeks „d” oznacza czas dziesiętny):

1 hd = 2,4 h;   1 h ≈ 0,42 hd
1 md = 1,44 m;  1 m ≈ 0,69 md
1 sd = 0,864 s; 1 s ≈ 1,16 sd

To tyle w kwestiach technicznych, a teraz pofantazjujmy sobie, o ile by było fajniej, gdyby dwa wieki temu ten sposób liczenia czasu się przyjął.

Godziny są długie w porównaniu do tradycyjnych, to prawda, ale nasze pokolenia od dawna byłyby już do tego przyzwyczajone i dla nas byłoby to coś równie naturalnego, jak zwykła godzina. Dzień pracy trwałby 3 godziny z kawałkiem (a biorąc pod uwagę, co wiemy już z dużą pewnością, że 8-godzinny dzień pracy jest i tak za długi, to mógłby trwać równe 3 godziny).

Minuty i sekundy nie różniły by się zbytnio długością od ich zamierzchłych odpowiedników.

Ale największy zysk byłby w sposobie przeliczania jednostek. Minuta to po prostu 1 hektosekunda, a godzina 10 kilosekund. Doba to 100 kilosekund. Nie jest to sytuacja, która zdarza się często, ale czasem trzeba przeliczać większe ilości przykładowo minut na godziny.

Przykład z życia: ostatnio używałem kleju, który miał czas wiązania 200 minut. Ile to jest!? Policzmy: 200 podzielić na 60... nie. Godzina to 60 minut, 2 godziny to 120, 3 to 180. Zostaje 20 minut. Czyli 3 godziny i 20 minut.

A teraz to samo, ale w świecie gdzie obowiązuje czas dziesiętny: Czas wiązania kleju to 140 minut. Ile to godzin? 1,4 godziny .

Zyskałoby też niepomiernie na łatwości przeliczanie prędkości z km/h na m/s i na odwrót .

Także programiści mieliby o wiele łatwiejsze życie. Czas hh:mm:ss to po prostu hh,mmss godzin, tudzież po prostu hhmmss sekund. Ba! nawet dni można tak łatwo liczyć: yy-mm-dd hh:mm:ss = yy-mm-dd,hhmmss. Niestety powyżej dnia nie jest łatwo wprowadzić jakiś sensowny podział dziesiętny, chociaż były propozycje 10-dniowego tygodnia lub podziału roku na 10 miesięcy.

A skoro wspomniałem wyżej o prędkościach - to ile by w takim systemie wynosiła prędkość światła? Proste obliczenia pokazują, że wartość ta wynosiłaby:

cd = 259'020'684 m / sd

Co w sumie nie zmieniłoby niczego - prędkość byłaby taka sama, inne byłyby tylko jednostki (w milach na godzinę ta wartość wynosi przykładowo 6'706'000'000 mph). Ale jako że ta akurat liczba jest zdefiniowana a nie zmierzona (historycznie była najpierw zmierzona), można by się pokusić o jej zaokrąglenie do 260'000'000 m/sd. Ale skoro nie zaokrąglono aktualnej wartości prędkości światła (wymagałoby to naprawdę drobnej modyfikacji długości metra - mniej niż jedna tysięczna), to w tym przypadku pewnie też by się na to nie zdecydowano. Chociaż kto wie...

Na koniec jako ciekawostkę wspomnę jeszcze, że istnieją apki na smartfony pokazujące bierzący czas dziesiętny .

* * *

FRENCH REVOLUTIONARY (DECIMAL) TIME

Wikipedia: Decimal time

czwartek, 31 grudnia 2020

Trochę przemyśleń o pandemii na koniec roku

Miałem wcześniej zamiar napisać coś niecoś o mitach i innych rzeczach dotyczących pandemii. Nie chciało mi się jednak zbytnio pisać a i tak to, co wyprodukowałem nie chciało mi się układać w jakąś spójną całość. Postanowiłem więc, że po prostu zgromadzę tu parę myśli w takiej luźnej postaci.

Argumentów odnośnie panującej aktualnie pandemii słyszałem wiele - ogromna większość z nich była tak niezborna, że nie wiadomo nawet, przeciwko czemu tak konkretnie była skierowana, co miała pokazać. Wydaje mi się że tak konkretnie to miała po prostu dać ujście frustracji jaką odczuwają wszyscy, tak jak ten artykuł

Jednym z najbardziej konkretnych argumentów był ten przeciwko obowiązkowi noszenia maseczek. Krótko: wg. przeciwników tego nakazu noszenie maseczek nic nie daje, to raz. Dwa - że nie ma żadnych naukowych dowodów na ich skuteczność. I jedno i drugie to bzdura, i tak: są na to naukowe dowody (na końcu podlinkuję do artykułów, które szerzej o tym piszą).

Główne nieporozumienie, jak mi się wydaje, pochodzi z niezrozumienia, po co nosi się maseczki. One same nie ochronią nikogo przed zarażeniem. Razem z trzymaniem dystansu i higieny mają one ograniczać rozprzestrzenianie się kropelek z wirusami, spowalniając w efekcie ilość zachorowań tak, aby służba zdrowia dała radę „przerobić” chorych.

Apropo higieny: jednym z antymaseczkowych argumentów miało być rzekome powodowanie przez ich noszenie infekcji grzybiczych lub innych. W tej kwestii najlepsze odparcie takiego argumentu, jakie widziałem to po prostu porównanie do noszenia bielizny: jeśli codziennie zmieniasz na nową, nic nie złapiesz. Jak nosisz przez wiele dni ciągle to samo, to nie dziw się, że wyskakują ci tam jakieś pryszcze, bąble lub coś gorszego.

Edit: innym "godnym" wspomnienia "argumentem" było odwołanie się do jakiejś wolności osobistej. Że niby noszenie maseczek ją ogranicza - no wiecie, jak pasy samochodowe czy inne tego typu ograniczenia. Nie jestem pewien czy jest wogóle sens pochylać się nad takimi infantylnymi roszczeniami.

Co prowadzi nas do dwóch kolejnych problemów.

Pierwszy to jeden z kolejnych „argumentów”: że jak mamy teraz pandemię, to nikogo innego już nie przyjmują, bo „są”/liczą się tylko chorzy na COVID. To jeden z tych niezbornych argumentów, o których wspomniałem - nie wiadomo w sumie, co on ma udowadniać.

Kwestia jest problematyczna, bo tymi chorymi też trzeba się zająć, a niestety nie można ich mieszać z innymi chorymi z oczywistych raczej powodów. Służba zdrowia zawsze była w opłakanym stanie, a obecna sytuacja tylko to unaoczniła. Jeśli dodamy do tego kiepskie decyzje ludzi odpowiedzialnych za walkę z pandemią (chodzi nie tylko o rząd, chociaż oczywiście głównie o nich) dostaniemy efekt taki jak widzieliśmy: pozamykane na wszelki wypadek lub zapchane chorymi na COVID szpitale i brak opieki dla innych chorych.

Drugi problem to właśnie owe decyzje służące walce z pandemią. Wprowadzony na wiosnę lockdown był zrealizowany w sposób mówiąc najdelikatniej jak to tylko możliwe bezsensowny. Ale miał być wprowadzony z bardzo konkretnego powodu - tylko nie wiem, czy rządzący akurat z tego sobie zdawali sprawę. Myślę, że chyba wydawało im się jednak coś innego. Otóż ten lockdown miał przygotować służbę zdrowia na walkę z pandemią. Oczywiście nie zrobiono tego, czego rezultaty odczuwamy do dzisiaj.

Odnośnie zaś służby zdrowia: Nie chcę oczerniać w żaden sposób lekarzy, pielęgniarek ani żadnego innego pracownika którzy dawali z siebie wszystko w czasie trwania tej pandemii (czy chociaż pomagali innym chorym poza szpitalami) - chwała im i ich poświęceniu. Ale nie można niezauważyć, że (o czym wspomniałem wyżej) służba zdrowia od dawna była w opłakanym stanie. I było tak zarówno z winy rządzących (nie tylko tego rządu), jak i z winy samych właśnie pracowników służby zdrowia którzy nader często mieli głęboko gdzieś pacjenta i jego problemy. Dlatego byliśmy teraz świadkami wielu patologicznych sytuacji, które nigdy, nawet w pandemii, nie powinny mieć miejsca.

O decyzjach podejmowanych w trakcie trwania tej pandemii nie zamierzam się rozpisywać: tylko idiota może nie widzieć, że są one głupie i motywowane chęcią zbicia politycznego kapitału czy osiągnięcia innego rodzaju korzyści.

To z resztą jest powodem tego, że spora część ludzi nie stosowała się do zaleceń i nakazów. W mojej okolicy praktycznie każdy nosił maseczki, chociaż wielu nie nosiła ich prawidłowo - ale wiem, że w innych miastach nie było już tak fajnie pod tym względem. Gorzej było też wszędzie z trzymaniem dystansu czy dezynfekcją rąk (patrzałem w sklepach). Także w zakładach pracy nie przestrzegano tych nakazów zbyt sumiennie (sam miałem doświadczenie raczej z urzędami, ale myślę, że wszędzie tak było). A historie jakie słyszałem o ludzkim zachowaniu są naprawdę potworne. Przykładowo ostatnio słyszałem jak ktoś, kto jeszcze był chory i się źle czuł, ale skończyła mu się już kwarantanna (głupie przepisy) więc pojechał sobie w odwiedziny do rodziny. Z resztą każdy z nas słyszał takie historie.

A ja wcale nie oceniam źle tych ludzi - jak już powiedziałem, chaos zmienianych co chwilę bezsensownych nakazów i zakazów sprawił, że ludzie tak naprawdę nie wiedzieli już, co robić i mieli tego wszystkiego dosyć. Poza tym nie widząc sensu w tych obostrzeniach większość zaczęła uważać, że są to po prostu widzimisie tych na górze (tych, których mało kto lubi - nawet ci, którzy na nich swego czasu głosowali).

Chociaż z drugiej strony o ile nie przeszkadzało mi, gdy widziałem kogoś bez maseczki jeśli nie kaszlał i nie kichał, o tyle skręcało mnie jak diabli gdy taki jegomość z dumnie uniesioną głową kaszlał na lewo i prawo, bo mu się nie chciało nawet zasłonić ust

A z tym zasłanianiem ust i nosa jest u nas naprawdę duży problem. Mało kto się do tego stosował kiedykolwiek - to są moje obserwacje jeszcze sprzed pandemii. Gdy wprowadzano te nakazy wyrażałem cichą nadzieję, że może w końcu w Polsce pojawi się taka „kultura chorowania”, podobnie jak w przykładowo Japonii, gdzie ludzie chorujący sami noszą maseczki, bo tak po prostu wypada. Ale już wiem, że to się nie zmieni i dalej będziemy kaszleć i kichać na wszystko i wszystkich, bo nigdy nas nie uczono tego, że to bardzo nieprzyzwoite (o zwykłej odpowiedzialności i higienie nawet nie wspominając).

Z resztą, skoro jesteśmy przy polakach: zawsze byliśmy podzieleni. To akurat całkowicie normalne - każdy ma inne poglądy, inaczej myśli itd. Ale rządy *** oraz pandemia pokazały niesamowity wręcz obraz nienawiści i pogardy jaką jeden polak potrafi czuć do innego. Straszne i smutne

Skoro zaś mowa o decyzjach i informacyjnym chaosie, nie sposób nie wspomnieć też o statystykach, które nawet gdy nie zostały jeszcze scentralizowane, były mało wiarygodne: ludzie sami często nie zgłaszali się na badania, gdy zaczynali się źle czuć, ale nawet gdy się zgłaszali to częsty scenariusz był taki, że wcale nie kierowano ich na jakiekolwiek badania ani nawet na kwarantannę (nawet, gdy wiedziano, że taka osoba miała kontakt z kimś kto na pewno zachorował na COVID)! Z tego co słyszałem, przejść na COVID mogło już nawet 10% polaków. A może i więcej.

Ale wracając do samej choroby: bardzo często słyszałem argument, że to jest po prostu kolejna grypo-podobna choroba, niektórzy twierdzili nawet że wcale nie ma większej śmiertelności (co jest nieprawdą) lub (co usłyszałem jeden raz, niedawno) że do czerwca więcej było chorych na grypę niż na COVIDA (ciekawe, dlaczego akurat do czerwca).

Kolejny niezborny argument, całkowicie oderwany od rzeczywistości. Nie słyszałem jakoś, żeby służba zdrowia była kiedyś sparaliżowana szpitalami zapchanymi chorymi na zwykłą grypę. Także śmiertelność nie ma tu większego znaczenia - ważniejsze w tej chwili jest to, że zachorowań jest po prostu bardzo dużo w bardzo krótkim czasie i nie dajemy rady leczyć wszystkich pacjentów (co z resztą ma też wpływ na wskaźnik śmiertelności).

Pewną odmianą tego argumentu, czy czasem dodatkiem, jest powtarzanie mitu, jakoby testy wykrywające tego wirusa lub przeciwciała na niego były już to bardzo niedokładne (dużo fałszywych wyników), już to że bardzo niespecyficzne (potrafią wykryć zwykłą grypę czy przeziębienie). Jest to oczywiście nieprawda. „Najlepszy” argument z tego repertuaru jaki słyszałem, to że sam twórca tych testów (PCR) powiedział, że nie służą one do wykrywania tego koronawirusa - co jest o tyle zabawne, że sam gościu zmarł na kilka miesięcy przed pojawieniem się pierwszych przypadków choroby i odkryciem tego wirusa. Najgłupszy zaś „dowód” na ich nieprzydatność o jakim słyszałem miał polegać na zanurzeniu testu w soku pomarańczowym.

Inne „argumenty” tego rodzaju, nie mające większego znaczenia dla oceny rzeczywistości stwierdzały, że pandemie w przeszłości były o wiele groźniejsze, do czego dodaje się czasem argumenty że WHO zmienia sobie definicje pandemii czy odporności stadnej. I o ile są to fakty, a z faktami się nie dyskutuje, o tyle podobnie jak wyżej - nie ma to większego wpływu na obecną sytuację. Możemy się kłócić o takie czy inne liczby, definicje, zżymać się na takie a nie inne polityczne decyzje, ale chorych od tego nie ubędzie - a to jest największy problem w czasie pandemii.

A przy okazji: mała ciekawostka. Na przełomie lat dwudziestych ubiegłego wieku, gdy panowała epidemia hiszpanki istniała w USA „Liga Antymaseczkowa”. Jak widać historia lubi się powtarzać.

Wracając jednak do lockdownu i innych tego typu decyzji. Na wiosnę, gdy wprowadzono pierwszy lockdown wyraziłem zdanie (wśród znajomych tylko), że państwo i gospodarka mogłyby spokojnie funkcjonować, trochę gorzej niż normalnie ale nie tak źle jak to teraz widzimy, gdyby po prostu wprowadzić pewne ograniczenia (w liczbie gości, nakazy higieniczne itp). Mielibyśmy dużą ilość chorych, to prawda, ale cała reszta nie ucierpiałaby aż tak.

Praktycznie wogóle nie słyszałem od nikogo podobnego argumentu - nawet od przeciwników wprowadzanych restrykcji. Dopiero niedawno widziałem, że ktoś napisał coś w tym stylu, z podaniem odpowiednich liczb nawet. Niestety artykuł jakoś mi uciekł, może jak go znajdę kiedyś, to dopiszę.

Ale za to słyszałem argument porównujący niestosowanie się do zasad totalnego lockdownu do ludobójstwa. Argument ten był przedstawiony na blogu pewnego, hmm... , „lewaka” (pewien amerykański bloger, naprawdę nie wiem jak prawidłowo opisać jego poglądy, bo nie lubię żadnych etykietek i przez to jestem w nich trochę niezorientowany: progresywny, ulra politycznie poprawny, SJW, amerykański feminizm i takie tam). Bo wg. takich ludzi to, że zniszczone zostało już, a w przyszłości jeszcze zostanie zniszczone życie wielu ludzi nie ma większego znaczenia, skoro umierają ludzie.

Ten bloger sam natomiast nie miał żadnych oporów, żeby zażartować sobie innym razem z gilotynowania miliarderów...

I naprawdę, żal mi każdego kto umrze na tą chorobę. Pewien mój znajomy, młodszy ode mnie, „chłop jak dąb” jak to się czasem mówi, zmarł na COVID - i tak, to naprawdę było na COVID. Ja sam cały czas żyję w strachu o rodziców. Ale w kwestiach etycznych bardzo ciężko jest przeprowadzać tego typu „obliczenia” czy porównania:

[zniszczone życie miliona osób] < [śmierci tysiąca osób]

Nie można po prostu pominąć faktu, że wiele ludzi straci pracę, oszczędności, może nawet życie (choćby dlatego, że służba zdrowia przestała de facto funkcjonować). To trochę podobna sytuacja jak w przypadku „prolajferów” - najważniejsze utrzymać przy życiu jak najwięcej ludzi, reszta jest dla nich bez znaczenia.

Ale doczekaliśmy do końca roku i w końcu mamy szczepionkę. Szczepionkę której wszyscy wyczekiwaliśmy z utęsknieniem od wiosny. I nagle okazuje się, że mało kto chce się szczepić (nie tylko w Polsce). Dlaczego?

Rozmawiałem z różnymi osobami na ten temat. Z mojej wiedzy tylko jedna z nich była antyszczepionkowcem - i nie wierzę też, że większość społeczeństwa właśnie takimi jest. Dlatego wkurza mnie niepomiernie, gdy ktoś obala w necie mity na temat szczepionek, czy czasem wręcz dzieli z tego powodu ludzi na antyszczepionkowców i resztę.

Ludzie nie mają zaufania do tej konkretnej szczepionki - to jeden z powodów. Jest tak w dużej mierze z powodu informacyjnego chaosu ale także z powodu zaangażowania w całą sprawę grubszej polityki, pieniędzy i wielkich korporacji.

Drugą przyczyną jest brak zaufania zarówno do naszych polityków (ktoś pamięta jeszcze, co się stało z zakupionymi przez nasz rząd respiratorami czy maseczkami?) jak i do służby zdrowia (ktoś naprawdę wierzy, że w razie wystąpienia jakichś poważniejszych skutków ubocznych otrzyma jakąś konkretną pomoc?). I z tego też powodu drażni mnie, gdy jakiś polityk, celebryta czy nawet jakiś znany lekarz szczepi się i pokazuje: patrzcie, nic mi nie jest. On będzie prawidłowo obłużony a w razie czego otrzyma odpowiednią pomoc. Taki szaraczek jak ja nie może raczej na to liczyć.

Do tego wiemy, że ta szczepionka, mimo iż przebadana, jest tak po prawdzie trochę eksperymentalna. Została dopuszczona na specjalnych warunkach i może w każdej chwili zostać wycofana - co jest swoją drogą używane jako „argument” przez przeciwników tych szczepień, a co jest tak po prawdzie „standardową” procedurą, jeśli można tak powiedzieć o czymś co stosuje się w wyjątkowych przypadkach. Również inne tego rodzaju „argumenty” przytaczają efekty, o których od samego początku mówiono, że powinny z pewną częstością występować i których powinniśmy się spodziewać.

Oczywiście w necie nie brak też fałszywych wiadomości dotyczących strasznych rzeczy, jakie dzieją się po podaniu tej szczepionki, ale czemu się dziwić, skoro słyszy się np. w radiu lub widzi w necie, że w do pewnego punktu szczepień dostarczono już rozmrożoną partię szczepionek, przez co muszą być one zużyte w ciągu paru dni (a jak nie zużyją, to co się z tym stanie? wyleją? czy wzorując się na polskiej tradycji januszostwa wcisną to komuś nieświadomemu?), albo że w jakiejś tam innej partii wykryto nieprawidłowości przy przewożeniu? Lub o „błędnym” tłumaczeniu ulotki na język polski?

Do tego dochodzą różne pomysły politycznych „geniuszy” które maja wprowadzać obowiązek tego szczepienia, jakieś paszporty, ulgi czy inne tego typu rzeczy. Cała masa różnych foliarzy oczywiście od razu podchwytuje ten temat i zaczyna w necie fantazjować o obozach koncentracyjnych dla niezaszczepionych i takie tam.

O ile sam obowiązek szczepienia na niektóre choroby rozumiem i popieram (także w kontekście podróżowania czy wykonywania pewnych zawodów), o tyle w tym przypadku jest na to albo za wcześnie (pamiętajcie - te szczepionki dopiero się pojawiły) albo na dłuższą metę nie ma to większego sensu (ta choroba się dopiero pojawiła i istnieją przesłanki, że będzie ewoluować w kierunku mniejszej śmiertelności). Tak czy siak pomysł w tej chwili głupi.

Ja sam natomiast bardzo chciałbym się zaszczepić - ostatecznie czekam na to już od wielu miesięcy. Głównie z troski o bliskich, ale też żeby zrobić samemu coś, żeby to wszystko wróciło w końcu do „normalności”. Ale mówię szczerze - i wcale się tego nie wstydzę - widząc to wszystko, co się dzieje, póki co się powstrzymam. Chcę zobaczyć jak rozwinie się sytuacja, co będą robić nasi politycy, jak da sobie radę nasza służba zdrowia, jakie przekręty będą robione (a może wszystko będzie dobrze?).

I to by było na tyle. Można by jeszcze długo i dużo pisać o tych rzeczach, ale w końcu trzeba przestać. Tekst z pewnością wyszedł mi krzywo, ale jak go zacznę poprawiać to nigdy go nie opublikuję .

Tak że życzę wszystkim zdrowego, normalniejszego Nowego Roku .

* * *

Obiecane artykuły:

Face Mask War

Do Facemasks Work?

Do face masks decrease the risk of COVID-19 transmission?

sobota, 31 października 2020

Krótka notka o Apostazji

Przeczytałem dzisiaj, że w związku z obecnymi protestami i roli Kościoła w tej sprawie wielu ludzi postanawia dokonać aktu apostazji - tj. formalnego „wystąpienia” z Kościoła.

Zapewne niewiele osób o tym wie, ale:

DOKONUJĄC APOSTAZJI NIE WYSTĘPUJEMY TAK NAPRAWDĘ Z KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO! Zostajemy tylko apostatami. Apostazja na warunkach episkopatu polskiego to de facto swego rodzaju sakrament kościelny - na apostatę zostaje nałożona ekskomunika (która może później zostać cofnięta), jakieś ewentualne kary kanoniczne, a sama osoba nadal pozostaje wiernym Kościoła Katolickiego (zgodnie z dekretem papieskim).

Problem w tym, że niestety tylko formalna apostazja ma jakiekolwiek prawne konsekwencje (a i tak chodzi głównie o prawo kanoniczne). W Polsce NIEMOŻLIWE jest jakiekolwiek FAKTYCZNE wystąpienie Kościoła Katolickiego - zagwarantowali nam to nasi politycy wraz z KRK.

A żeby było mało tego upodlenia, sam proces apostazji jest niepotrzebnie skomplikowany, a ze strony księży spotykają przyszłych apostatów liczne utrudnienia (wynikające zarówno z procedur towarzyszącym temu procesowi jak i ze złej woli samych księży).

To tyle, jeśli chodzi o konstytucyjne prawo do wolności sumienia i religii...

Zgniłą wisienką na torcie jest to, że Kościół dalej może sobie przechowywać i przetwarzać dane osobowe apostaty - gdyż GIODO uznał, że wewnętrzne sprawy Kościoła są tylko i wyłącznie jego sprawą i właścicielowi owych danych nie przysługują do nich żadne prawa w tym przypadku.

Dlatego sam nigdy tego nie zrobiłem i szczerze odradzam to każdemu, kto się nad tym zastanawia - nie tańczmy pod dyktando KRK! Nie wiem kiedy, ale mam nadzieję, że prędzej niż później przyjdzie taki klimat polityczny, który umożliwi rozliczenie Kościoła ze wszystkich jego podłości. Być może wtedy politycy zagwarantują nam faktyczną możliwość formalnego opuszczenia szeregów tej obmierzłej instytucji bez żadnych zbędnych trudności ani tym bardziej upokarzania.

Bo nieformalnie oczywiście już dawno do Kościoła nie należę.

środa, 28 października 2020

Krótka notka o protestach przeciw zaostrzeniu aborcji i Kościele

Nie muszę chyba mówić, co obecnie dzieje się w kraju w związku z uznaniem przez TK tzw. aborcji eugenicznych za niezgodnych z konstytucją.

Konstytucję ostatni raz czytałem w technikum (dość dawno temu - pewnie trzeba by sobie kiedyś odświeżyć...), ale patrząc na wszystko co się dzieje w związku ze zgodnością i niezgodnością takich czy innych praw z konstytucją odnoszę wrażenie, że już dawno nastał czas, aby ten dokument zaktualizować. Ale mniejsza o to.

Protesty jako takie popieram. Nie podoba mi się niszczenie kościołów - nie tylko dlatego, że jest to akt wandalizmu. Z Kościołem Katolickim najlepiej walczyć obchodząc go szerokim łukiem, ignorując, nie angażując się z nim w żadnego rodzaju „dialog”. Oczywiście należy mówić głośno o tym, czemu winien jest Kościół - a sytuacji, w jakiej obecnie znalazły się kobiety jest on winien w szczególności! I nie wolno o tym zapominać, na wypadek gdyby owa święta instytucja raczyła pochylić się nad cierpieniem swoich owieczek i łaskawie zaoferować im pomoc duszpasterską i zaproponować jakiś „dialog” w celu ustanowienia jakiegoś „kompromisu”. Mówiąc inaczej - z Kościołem jest jak z internetowymi trollami: nie wolno ich karmić, trzeba jedynie obnażać ich ohydę.

A tymczasem już słyszałem w radiu jakiegoś biskupa, który namawiał właśnie, że całą sprawę powinno się omówić w sposób spokojny i kulturalny. Mam nadzieję że nikt się na to nie nabierze: widzieliśmy już, jak wygląda „dialog” z Kościołem (jak też i z prawicą).

Tak jak mówiłem - nie popieram niszczenia kościołów. Ale irytują mnie ludzie, którzy mówią: „jak tak można”, albo jeszcze lepiej: „a co im Kościół zawinił” lub coś podobnego. A to właśnie Kościół od lat (od zawsze właściwie) sączy jad nienawiści i propagandę dezinformacji w każdy możliwy sposób (z ambon, w mediach...) i z każdego możliwego szczebla (począwszy od zwykłych proboszczów a na kardynałach skończywszy - nawet papieże nie mają w tej kwestii czystego sumienia). Zakaz aborcji i zdemonizowanie wszystkiego co jest z nią związane zawdzięczamy właśnie jemu. Dlatego chociaż nie popieram sprayowania murów kościelnych ani innych tego typu działań, to wcale mnie one nie dziwią.

Inna kwestia: odnoszę wrażenie, że wielu ludzi nie rozumie wcale, o co z tą aborcją chodzi. Mam nawet wrażenie że niektórzy uważają wręcz, że chodzi o jakieś przymusowe usuwanie płodów lub coś w tym stylu. To kolejna zasługa kościelnej propagandy.

Te protesty to walka nie tylko o prawo do aborcji. Jak mówią sami organizatorzy, chodzi o coś więcej, o wolność Polaków. Popieram je, chociaż jako pesymista nie wierzę, że zmienią one cokolwiek w zasadniczy sposób. Zbyt dużo już widziałem. Poza tym pod ich ewentualny sukces podepnie się cała masa różnych ludzi, których idee przyświecające tej walce wcale to a wcale nie obchodzą: począwszy od różnych świrów, którzy lubią zamieszanie a skończywszy na cynikach chcących zbić na tej sprawie polityczny kapitał. Nie mówiąc już o tym, że część ludzi traktuje tą sprawę zapewne w sposób ideologiczny - a ideologii, jakiejkolwiek, zawsze jestem przeciwny, nawet jeśli częściowo byłoby mi z nią po drodze. Jak już wspomniałem: zbyt dużo już widziałem.

niedziela, 11 października 2020

Maseczki cię (nie)zagazują

Gdy zaczęła się epidemia, wiele osób zaczęło się na ten temat wypowiadać (jak można się spodziewać wielu z nich mówiło totalne głupstwa), a co mądrzejsi zalecali wstrzymanie się z wypowiedziami do czasu, gdy naprawdę będziemy więcej wiedzieć. Dodatkowym powodem był też właśnie fakt, że wszyscy o tym pisali - więc po co jeszcze jeden dodatkowy głos, który jeśli byłby mądry to i tak utonąłby w powodzi głupoty.

Więc ja też się wstrzymałem, chociaż miałem parę uwag na ten temat, głównie pod adresem rządu i prowadzonych przez niego działań.

Trochę czasu już minęło, wiemy trochę więcej i chociaż cały czas jest w tym temacie pełno różnego rodzaju wypowiedzi, to głupoty jakby coraz więcej i niestety coraz więcej ludzi daje jej wiarę. Dlatego też zdecydowałem się skrobnąć parę słów na ten temat.


Ostatnio w pracy ktoś podesłał filmik, na którym jakiś gościu pozujący na lekarza, na tle baneru pewnej firmy wyglądającą jakby była firmą medyczną, opowiada jakieś brednie o tym, że noszenie maseczek powoduje wdychanie spowrotem wydychanego dwutlenku węgla i zatrucie nim organizmu. Ja żadnego linka do tego filmu tu nie wrzucę, żeby nie nabijać wyświetleń, ale jeśli ktoś koniecznie chce, to niech sobie w YouTube(nie mogę tego już znaleźć) na Facebooku wyszuka frazę „Tomek Hawryluk maseczki”(nie mogę powiedzieć, że coś znajdziecie - nie mam Facebooka).

Nie mogłem znaleźć żadnych konkretnych informacji o tym panu, znalazłem za to informację o firmie w której, jak mogę się domyślać, pracuje. To firma kosmetyczna, zajmująca się różnymi terapiami, w tym „odmładzającymi” skórę. I chociaż większość z terapii przez nich stosowana pewnie raczej działa (są to, jak mi się wydaje, chyba standardowe zabiegi), to w opisie na ich stronie można znaleźć trochę pseudomedycznego bełkotu. Niezbyt zachęcające, jeśli chodzi o wiarygodność tego pana.

Ale wróćmy do niego samego.

Być może jest on rzeczywiście lekarzem. Nie świadczy to wtedy o nim dobrze, skoro rozpowszechnia pseudonaukowe bzdury, mogące powodować w ostatecznym rezultacie nawet ludzką śmierć. A jeśli nie jest, to czemu na takiego pozuje, używając nawet zwrotów „-my”, „jak to chirurdzy”? Znowu, obydwie opcje nie są zbyt zachęcające w kwestii jego wiarygodności.

A co z głoszonymi przez niego tezami? Że wydychany dwutlenek węgla, przez noszenie maseczki, trafia spowrotem do nas przy wdechu? Są to oczywiste, ewidentne brednie. Dlaczego? No chyba nie dlatego tylko, że ja tak powiedziałem, prawda? Ale ludzie wierzą w to co mówił ten pan właśnie tylko dlatego, że on tak powiedział.

Są to brednie ewidentne, bo jest to coś, co można bardzo łatwo sprawdzić samemu, bez potrzeby uciekania się do kosztownych, specjalistycznych, zakrojonych na szeroką skalę badań. Proponuję się o tym przekonać każdemu za pomocą bardzo prostego eksperymentu:

  1. proszę wziąć woreczek śniadaniowy
  2. przy spokojnym, lekkim wydechu proszę go napełnić
  3. proszę spróbować włożyć go pod maseczkę

Ciężko, prawda? Więc pytanie, gdzie się podziewa to powietrze, które wydychamy? Nie zostaje za maseczką, abyśmy mogli je wessać spowrotem, bo maseczka znajduje się blisko twarzy.

To powietrze wydostaje się poza maseczkę, gdzie ulega zmieszaniu z resztą atmosfery - i kolejna porcja powietrza, które wdychamy jest praktycznie taka sama jak ta, którą byśmy oddychali bez założonej maseczki. No chyba że ktoś wierzy, że maseczka w jakiś magiczny sposób to powietrze utrzymuje przy sobie, albo wchłania CO2 niczym gąbka, aby go nam oddać przy wdechu.

Nie są to jego oryginalne myśli. Podobne brednie są rozpowszechniane przez wszystkich antymaseczkowców i koronadenialistów. Niżej linkuję do filmiku, który obala tego rodzaju mity, pokazując przy tym jak można manipulować faktami nawet używając autentycznego, pokazujące obiektywne wyniki urządzenia (uwaga - po angielsku).

Wisienką i malinką na torcie są wypowiedzi tego pana na temat samej epidemii: według niego wirus jest nieistniejący. Noszenie maseczek zaś przyrównuje do gazowania więźniów w obozach koncentracyjnych. Czy ktoś jeszcze potrzebuje jakiegokolwiek dowodu na wiarygodność owego pana?

Na koniec jeszcze jedna rzecz. Można względnie tanio kupić sobie taki domowy pulsoksymetr i samemu, bez konieczności opierania się na czyimkolwiek słowie, sprawdzić czy rzeczywiście w trakcie noszenia maseczki spada nasycenie tlenu we krwi (co też wiele ludzi zrobiło, włącznie ze mną). Eksperyment z woreczkiem jednak powinien wystarczyć każdemu myślącemu człowiekowi, dlatego tak bardzo boli mnie, że brednie tego pana i innych mu podobnych łykają bez popijania skądinąd nawet inteligentni ludzie, wcale nie zastanawiając się nad jego słowami.

Obiecany link do filmiku:

https://www.youtube.com/watch?v=drN1VyLkEIY