niedziela, 20 marca 2016

„Święta” Matka Teresa z Kalkuty

Matka Teresa z Kalkuty
Autor: Dennis Jarvis from Halifax, Canada
Praca pochodna: TharonXX
Źródło: Wikipedia

Kiedyś, z okazji Haloween, wspomniałem o tym, jacy to fajni potrafią być święci – pod warunkiem, że nie będzie się im zbyt dokładnie przyglądać (w religii to reguła i dotyczy właściwie wszystkiego). Słyszałem o kilku takich, kiedyś pewnie też wyszukam o nich coś niecoś. Dzisiaj jednak chciałbym podzielić się informacjami na temat pewnej sławnej postaci, powszechnie szanowanej i podziwianej, która chociaż świętą jeszcze nie jest, to jednak za taką jest przez wielu uważana i świętą najprawdopodobniej niedługo zostanie.

Mowa o tytułowej Matce Teresie z Kalkuty.

Kiedy wyszukać w Googlach jej imię, pojawia się mnóstwo obrazków życzliwej, uśmiechniętej staruszki. Przesympatyczna postać, ale czy na pewno?

Kiedy czyta się opisy tego, co w rzeczywistości działo się w podległych jej placówkach, włos na głowie jeży się bardziej nawet, niż gdy przypomni się o praktykach stosowanych w polskich sierocińcach prowadzonych przez siostry boromeuszki (chociaż może nie – nie wiem).

W skrócie – zakonnica owa miała dosyć specyficzne poglądy na temat cierpienia. Uważała, że cierpienia zbliżają chorych do Boga, więc odmawiała im nawet podstawowej opieki medycznej. Także zasady higieny nie były zbytnio przestrzegane w jej hospicjach. Skutkiem tego tysiące ludzi umierało (co często byłoby do uniknięcia dzięki diagnozie lekarskiej) w jej domach w cierpieniach i strasznych warunkach sanitarnych.

Co ciekawe, sama Teresa, gdy zachorowała, szukała pomocy u fachowych lekarzy w dobrze wyposażonych zachodnich szpitalach.

Kolejny zarzut dotyczy sposobu wydawania przez nią finansów. Wyobraźcie sobie, że dajecie pieniądze jakiemuś wolontariuszowi na chore dziecko, a później dowiadujecie się, że ów wolontariusz sprzeniewierzył zebraną kasę na remont mieszkania. Nie wkurzyłoby was to? Matka Teresa wydawała pieniądze dane jej na walkę z ubóstwem i na jej hospicja na... budowę nowych klasztorów i na dzieła misyjne .

Dodatkowo – często jej pieniądze pochodziły z nieciekawych źródeł. Matka Teresa lubiła bowiem bratać się z podejrzanymi typkami.

Nie jest to bynajmniej wyjątek w Kościele Katolickim. I wiem – byłem katolikiem więc znam tłumaczenie mające to usprawiedliwiać: chodzi o to, żeby nie zamykać się na grzeszników. Jednak w praktyce zawsze chodzi tu o grzeszników, którzy mają albo pieniądze, albo władzę a których grzechy są lub ocierają się o zbrodnię! Gdy zgrzeszy zwykły człowiek, w zwykły sposób, Kościół potrafi być wobec niego nieubłagany i – przykładowo – odmawia takim ludziom sakramentów czy grozi im nawet ekskomuniką.

Jest jeszcze trochę innych zarzutów pod jej adresem. Nie chcę się jednak tutaj rozpisywać – niżej podałem parę linków do artykułów, z których czerpałem informację. Myślę zresztą, że to co napisałem wystarczy każdemu człowiekowi ze zdrowym sumieniem nie odczuwać sympatii do tej „dobrotliwej” staruszki. Wiadomo jednak, że Kościół zdrowego sumienia nie ma, więc spodziewam się, że zostanie ona jednak świętą. Mi osobiście rzecz jasna to wisi – przecież i tak nie wyznaję żadnych świętych(*). Chciałem jedynie pokazać stan moralny jednej z największych religii świata.

(*) - Jest takie fajne powiedzenie, które chciałem tu użyć. Niestety i bez niego mój artykuł (podobnie jak pozostałe poruszające temat religii) w obecnym klimacie politycznym zagrożony jest uznaniem go za obrazę czyichś uczuć, więc wolę się powstrzymać. Co prawda jak ktoś będzie chciał się przyczepić, pewnie i tak to w niczym nie pomoże, ale mimo wszystko...


Do poczytania:

sobota, 12 marca 2016

Fikcyjne wpisy

Każdy, kto grał kiedykolwiek w gry komputerowe wie, że posiadały one różne zabezpieczenia, które miały sprawić, że tylko posiadacze legalnie zakupionych kopii mogli w nie grać. Z reguły zabezpieczenia te były proste, a jednocześnie na tyle irytujące, że w rezultacie posiadacze legalnych wersji musieli się często borykać z utrudnieniami, którymi posiadacze „piratów” w ogóle nie musieli się przejmować.

Zabezpieczenie przed kradzieżą rzeczy materialnych jest względnie proste – zamykanie na klucz, podpisywanie własnych przedmiotów, sejf, w ostateczności nawet ochroniaż

Zabezpieczenie jednak przed kradzieżą pomysłów lub informacji (w tym także tej elektronicznej) już takie proste jednak nie jest i często w rezultacie daje efekty odwrotne od zamierzonych (jak na przykładzie programów legalnych i „piratów”).

W przypadku różnego rodzaju prac pisemnych istnieją już dzisiaj programy całkiem sprawnie wyłapujące plagiaty. Co jednak, jeśli mamy do czynienia z – przykładowo - słownikami? Przecież wyrazy, które znajdują się w słowniku zawsze są te same i zawsze mają takie samo znaczenie – a kolejność tych znaczeń zawsze można dla niepoznaki zmienić.

Okazuje się, że twórcy słowników (lub encyklopedii) wpadli na całkiem sprytny pomysł, mający im ułatwić wyłapywanie złodziei ich pracy. W każdym słowniku istnieje tzw. „fikcyjny wpis”, będący swego rodzaju znakiem wodnym, mającym świadczyć o autorstwie danego słownika.

Podobny sposób stosują też kartografowie – na swoich mapach umieszczają fikcyjne miejsca: ulice czy nawet miejscowości. Czasem dane miejsce może istnieć, ale mieć celowo zmienioną nazwę.

Pomysł jest dosyć sprytny – ogrom informacji, jaki zawarty jest w tego typu dziełach jest tak wielki, że złodziej najzwyczajniej w świecie nie jest w stanie wszystkiego zweryfikować (z resztą, gdyby był, to równie dobrze mógłby się pokwapić o samodzielnie stworzenie takiego dzieła). Więc jeśli w przykładowo podejrzanym o bycie plagiatem słowniku znajdzie się taki fikcyjny wpis, to jest to niezbity dowód na to, że dany słownik został, przynajmniej częściowo, przez jego autora skopiowany.

niedziela, 21 lutego 2016

Mentalność PIS-owców

Często powtarzam, że nie interesuję się zbytnio polityką. Jest to prawda. Ale są rzeczy, nad którymi nie sposób przejść obojętnie. Gdy tylko polityka zaczyna mieć bezpośredni wpływ na moje życie, zaczyna mnie to jak najbardziej interesować.

Generalnie rzecz biorąc wszystkie partie czy stronnictwa uważam za siebie godne (może z podziałem na te „normalniejsze” i te trochę bardziej „ekscentryczne”). Ale partię Prawa i Sprawiedliwości uważam za wyjątkową. Jest to partia fanatycznie oddana oderwanym od rzeczywistości ideom, podporządkowana w totalitarny sposób władzy jednego człowieka.

I to wszystko razem wzięte nie byłoby może powodem do pisania przeze mnie artykułu na ich temat. Inni piszą o tym wystarczająco wiele, a ja staram się obchodzić politykę wielkim łukiem. Ale jako człowieka rozumnego strasznie denerwuje mnie poziom argumentów używanych przez PISowców(*).

(*) - Jest to chyba poprawne określenie na członka PISu, ale ma ono też pewien negatywny wydźwięk. Użyłem go natomiast, gdyż sądzę, że dostatecznie dobrze oddaje ono mój stosunek do ludzi popierających PIS oraz członków tej partii (zakładając, że rzeczywiście budzi ono negatywne skojarzenia), a jednocześnie nie sprawia, że popadam w wulgarność i nie zniżam się do ich poziomu używając prostackich obelg. Z resztą - mogę się mylić .

Kiedy ktoś ośmieli się skrytykować PIS, jego poplecznicy oraz sami politycy PISu niemalże automatycznie od razu uciekają się do argumentacji w stylu: „a PO było gorsze / za PO było gorzej / PO robiło to samo / PO tamto / PO sramto”.

Często dochodzą do tego inne, podobne w swej „logice” argumenty. Kiedy Unia Europejska zainteresowała się stanem naszej demokracji, premier Szydło oraz politycy PISu jak mantrę powtarzali bodajże w każdej telewizyjnej czy radiowej wypowiedzi stwierdzenie, że Unia nie powinna się nami przejmować, bo ma poważniejsze problemy z imigrantami.

Jakiś czas temu byłem świadkiem manifestacji KOD. Ludzie ci manifestowali już nawet nie przeciw PISowi, ale przeciw niszczeniu przez tę partię demokracji i naszej wolności. Odzywki PISowców, którzy stali obok powalały z nóg: „na kolana do Merkel”, „za PO było jeszcze gorzej” itp. Serio – WTF?

Mentalność tych ludzi mnie przeraża! To są dorośli ludzie, często wykształceni. A argumenty przez nich używane są z rodzaju takich, jakie ostatnio słyszałem w pierwszych klasach podstawówki (sic!). W taki sposób, nie mający wiele wspólnego z sednem danej sprawy, argumentują dzieci przyłapane na czymś brzydkim („bo on zaczął” a „ona zrobiła coś tam innego”).

Jest to rzecz jasna typowa próba odwrócenia uwagi od realnego problemu, ale nie sądzę, aby ci ludzie robili to celowo i świadomie. Gdyby tak jednak było – to byłoby to jeszcze gorsze, gdyż świadczyłoby o ich cynizmie i nieuczciwości. Zawsze jednak staram się jak najlepiej oceniać ludzi, dlatego uważam, że jest to jednak pewnego rodzaju infantylizm spowodowany praniem mózgu i fanatycznym zaślepieniem nienawiścią, ale także i rozpaczą.

niedziela, 14 lutego 2016

Spalanie paliwa w samochodzie

Jako właściciela samochodu (wysłużony, choć w dobrym stanie Golf IV ) interesuje mnie naturalnie jego spalanie.

Nikt nie uczył mnie nigdy żadnej „właściwej” techniki jazdy, więc sam, niejako naturalnie, wypracowałem sobie swoją własną technikę. Kierowałem się częściowo ekonomią jazdy a częściowo jej wygodą/przyjemnością. Rezultat był taki, że jeździłem na niskich obrotach: bieg zmieniałem na wyższy przy 2000 obr/min a na niższy nawet przy 1200. Rzadko kiedy wychodziłem poza 2000 – no chyba że wyprzedzałem, wjeżdżałem pod górkę lub jechałem już na piątce poza terenem zabudowanym.

Z góry mówię: wiem teraz, że to zbyt małe obroty. Silnik (ponoć) niezbyt dobrze się przy nich czuje. Chociaż zaznaczam tu, że mój silnik (1.6, benzyna) był przy takich obrotach bardzo cichy, nie dławił się, a przy moim spokojnym stylu jazdy nie miałem żadnych problemów z przyspieszaniem ani żadnych innych.

Ostatnio jednak w trakcie rozmów ze znajomymi wyszło, że jeżdżę na zdecydowanie zbyt niskich obrotach. Postanowiłem więc zmienić swój styl jazdy. Poszperałem tu i ówdzie i teraz zmieniam na wyższy bieg w okolicach 2700+ obrotów. W rezultacie jeżdżę też na wyższych obrotach – min. 2000 (czasem schodzę niżej – szczególnie przy zwalnianiu). Moja jazda stała się też bardziej agresywna – nie żałuję gazu, gdy przyspieszam (ale bez przesady – nie ruszam z piskacza ).

Spodziewałem się przynajmniej trochę zwiększonego zużycia paliwa, ale... okazało się, że spalanie w ogóle się nie zmieniło! Niezależnie od stylu jazdy utrzymuje się mniej więcej na poziomie 7L/100km!

Jestem naprawdę zdziwiony. Wiem co prawda, że wykonana praca nie zmienia się zasadniczo – więc pobrana z paliwa energia (czyli de facto jego zużycie) powinna być bardzo podobna, jeśli nie ta sama, ale silnik ma swoją charakterystykę. Jego moc i moment obrotowy (czyli to, w jaki sposób przekształca wykonaną pracę na ruch) zależą od obrotów. Spalanie paliwa powinno się więc różnić przy różnych obrotach.

Ale okazuje się, że nie.

Szukając w necie informacji na ten temat spotykałem się z różnymi poradami. Niektórzy zalecają nawet (trochę) wyższe obroty, tak do 3500 rpm – szczególnie przy przyspieszaniu. Ogólnie sprawa prosta nie jest i wychodzi na to, że przede mną jeszcze sporo nauki i eksperymentowania .

A skoro już jesteśmy w temacie ekonomii jazdy – okazuje się, że nie warto się zbytnio spieszyć. Na krótkich trasach i tak zaoszczędzimy tylko kilka minut, a na dłuższych – no cóż, niewiele więcej. Wiem z własnego doświadczenia – jadąc nawet 20km/h mniej (złe warunki pogodowe) potrafiłem przebyć daną trasę w praktycznie tym samym czasie! Biorąc natomiast pod uwagę fakt, że na dłuższych trasach i tak spędzimy sporo czasu, taka oszczędność może nie być warta świeczki.

Oczywiście to przy założeniu, że jedziemy (w miarę) przepisowo. Bo o średniej prędkości decydują wtedy w dużej mierze wolne odcinki (głównie w terenie zabudowanym) i przestoje (np. na światłach). Jadąc w odwiedziny do rodziny potrafię nie przekraczać średniej prędkości 70km/h mimo iż około połowę trasy pokonuję drogą ekspresową!

niedziela, 24 stycznia 2016

Bałtyk

Niedawno dowiedziałem się, że w języku niemieckim nasz stary, poczciwy Bałtyk zwie się po prostu Morzem Wschodnim (Ostsee). Trochę mnie to zaskoczyło – nazwa Bałtyku jest stara i jest obecnie, a także była w przeszłości używana w wielu językach, w tym także w łacinie oraz – przynajmniej sporadycznie – także w językach germańskich.

Okazuje się jednak, że z państw nadbałtyckich oprócz Polski tylko Łotysze, Litwini i Rosjanie nazywają w ten sposób Morze Bałtyckie. Nie licząc Estończyków, którzy żyją nad „Morzem Zachodnim”, pozostali mieszkańcy państw nadbałtyckich (*) nazywają Bałtyk „Morzem Wschodnim” (także Finowie, którzy tę nazwę przejęli z języka szwedzkiego).

(*) - Właściwie to wszyscy użytkownicy języków germańskich, z wyjątkiem angielskiego.

sobota, 23 stycznia 2016

Alfa Centauri (chyba) nie ma jednak planety

Ponad 3 lata temu pisałem o odkryciu planety krążącej wokół jednej z najbliższej położonych gwiazd. Zawsze (jeśli kontekst jest odpowiedni), gdy nie zapomnę, staram się wspominać o tym, że odkrycia naukowe muszą być potwierdzone, aby uznano je za prawdziwe. Dla mnie i dla innych, którzy wiedzą trochę więcej od ogółu o tym, jak działa nauka, jest to coś oczywistego (powiedzmy), ale większość ludzi ciągle myśli, że gdy jakiś naukowiec coś ogłosi, to reszta uznaje to za nieomylną prawdę – jak w religii/ideologii.

3 lata temu nawet o tym nie pomyślałem, tak bardzo sensacyjne było to odkrycie.

Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że autor artykułu, z którego czerpałem tę informację także o tym nie pomyślał – tak bardzo sensacyjna była to wiadomość .

Dzisiaj, po trzech latach, dzięki analizie innych naukowców okazało się, że odkrycie, którego dokonano było artefaktem wynikającym z nieuwzględnienia ograniczeń metody, której użyto przy dokonywaniu obserwacji. Po więcej szczegółów odsyłam do źródła moich wiadomości na ten temat (tego samego, co 3 lata temu).

Dla nas, ludzi którzy interesują się światem i uznają naukę za jedyne rzetelne źródło wiedzy, będzie to tylko zawód. Myśl, że gdzieś naprawdę bardzo blisko nas istnieją obce planety okrążające inne gwiazdy była fascynująca i niesamowita! Sprawiłoby to, że wysłanie w ich kierunku sąd badawczych byłoby jak najbardziej realne i sensowne. No cóż – nie można mieć wszystkiego .

Oczywiście znajdą się ludzie, którzy uznają to za wielką porażkę nauki. Ci sami ludzie będą ślepo wierzyć we wszystkie możliwe bzdury, jakie znajdą w internecie lub usłyszą od znajomych. No cóż – nie warto się nimi przejmować, chyba że ich działania zagrażają czyjemuś życiu, zdrowiu czy dobrobytowi.

Zdolność do samopoprawiania się jest największą siłą nauki. Oznacza to jednak, że nie wszystkie odkrycia okażą się prawdziwe. Trochę to nieciekawe – pragniemy bowiem wiedzy pewnej oraz chcielibyśmy, aby była ona jak najbardziej interesująca i aby można ją było jak najszybciej uzyskać. Jednak myślę, że każdy, komu zależy na poznaniu rzeczywistości takiej, jaka jest ona naprawdę będzie skłonny zapłacić te drobną w sumie cenę w zamian za wiedzę na której można polegać.

A przy okazji – skoro jesteśmy już w temacie planet i niepotwierdzonych odkryć, całkiem możliwe, że nasz układ posiada jeszcze jedną planetę .

czwartek, 31 grudnia 2015

Na koniec roku

Kończy się grudzień, a tu ani jednego postu. Mam na to zbyt mało zarówno czasu jak i chęci. Ale nie spadłem jeszcze do takiego poziomu, żeby w ogóle nie chciało mi się zajmować swoim blogiem, więc postanowiłem popełnić ten mam nadzieję nie nazbyt przydługawy artykulik .

Jako że i tak chciałem o tym kiedyś pisać, postanowiłem napisać odrobinę o szacunku do innych ludzi. Nie będę wałkował jakoś specjalnie tego tematu - blog to nie podręcznik i jedną z rzeczy której się nauczyłem jest to, że nie warto kompletować jakiegoś dużego tematu, aby popełnić potem przydługawy artykuł. Raz - że takie długie artykuły ciężko się czyta a dwa – że i tak nie jest się w stanie rozważyć wszystkich aspektów danego problemu, więc równie dobrze można do danego tematu powracać, pisząc o nim za każdym razem trochę inaczej. Poza tym gdyby się napisało od razu o wszystkim, to potem nie byłoby już o czym pisać – i weź tu wtedy prowadź blog . Ale dosyć tych dywagacji – miałem pisać o szacunku do innych.

Ja uważam - i czasem mówię to na głos - że szacunek należy się ludziom, a nie im poglądom. Podobne zdanie ma wielu racjonalistów (nie mylić z ateistami!).

O wiele łatwiej to jednak powiedzieć, niż zrobić. Taka zdolność nie jest nikomu dana – trzeba się jej uczyć! Nic dziwnego więc, że mało kto taką zdolność posiada. Od dzieciństwa uczeni jesteśmy praktycznie tylko i wyłącznie jednej postawy życiowej, jedynie słusznych poglądów, rzadko kiedy wspomina się nam o innych poglądach, o ich wytłumaczeniu już nie wspomnę. Jeżeli zaś wspomina się już o nich, to w sposób deprecjonujący. Uczymy się w ten sposób identyfikować z naszymi poglądami i dlatego myślimy źle o ludziach mających poglądy inne niż nasze (i dlatego czujemy się dotknięci gdy ktoś skrytykuje nasze poglądy – dlatego ważną częścia takiej nauki jest zdystansowanie się do własnych poglądów).

Ja sam, jako nastolatek, gdy usłyszałem o tym, że ktoś nie wierzy w Boga pomyślałem sobie – jak ktoś może być taki głupi! Gdy utraciłem wiarę myślałem dokładnie tak samo o ludziach wierzących. Na szczęście byłem w takiej sytuacji, że z ludźmi o odmiennych poglądach stykałem się na co dzień i widziałem, że wcale nie są oni głupi ani gorsi.

Każdy z nas żywi jakieś poglądy. Te poglądy nabywamy w różny sposób i często jest tak, że przyczyny dla których posiadamy takie a nie inne poglądy są od nas samych całkowicie niezależne. Dlatego warto sobie uświadomić, że człowiek i jego poglądy to dwie różne „rzeczy”. Ktoś może mieć poglądy z naszego punktu widzenia głupie, a jednak być porządnym człowiekiem – czy będziemy wtedy nim pogardzać tylko dlatego, że wierzy on w coś innego?

Nie mówię jednak, że zawsze trzeba szanować innych. Czasami ludzie są osobiście odpowiedzialni za własne poglądy – i jeśli są głupie, to brak szacunku dla nich jest jak najbardziej usprawiedliwiony. Jeśli dodatkowo ktoś takie głupie czy wręcz odrażające poglądy próbuje wprowadzać w życie, to zasługuje zwyczajnie na świecie na pogardę i publiczne napiętnowanie. Ponieważ nawet jeśli nie zawsze odpowiadamy za swoje poglądy, to zawsze jesteśmy odpowiedzialni za własne postępowanie.

Piszę o tym, bo – jak już wspomniałem – i tak chciałem o tym pisać, a nie miałem zbytnio o czym . Ale jest jeszcze jeden ważny tego powód.

Dzisiaj, w czasach gdy Polaków sortuje się na lepszych i gorszych, znikają coraz bardziej ograniczenia jakie niektórzy posiadali i coraz częściej wylewa się publicznie na „innych” tony jadu nienawiści. Chciałbym, aby było to zjawisko tak bardzo marginalne, jak to tylko możliwe.

Dlatego z okazji rozpoczynającego się Nowego Roku chciałbym życzyć wszystkim, aby patrzeli na ludzi i widzieli w nich ludzi. Żeby było wśród nas więcej szacunku dla innych, szacunku budowanym nie na ocenie ich słów, ale rzeczywistych postępków naszych sąsiadów, współpracowników, znajomych itd. A jednocześnie abyśmy częściej odważali się krytykować poglądy i postawy innych – bo tylko w taki sposób możemy doskonalić się, zarówno jako ludzie, jak i społeczeństwo.